Osobiście uważam, że aby być nauczycielem (- ką) po pierwsze trzeba być odpornym na bóle głowy. Sama pamiętam z czasów szkolnych, gdy szłam do szkoły po wakacjach przez tydzień bolała mnie głowa, zanim nie przyzwyczaiłam się do szkolnego harmideru. Gdy już jako matka, odbierałam córkę ze szkoły byłam przerażona szarańczą, która z wrzaskiem wybiegała z klasy, ciskała tornistrami o podłogę i biegła dziko wrzeszcząc do szatni. Może w niemieckich szkołach jest ciszej, bo tam „ordnung mus sein”, ale np. w takich duńskich szkołach już w latach 80-ych panował absolutny luz. Wiem to od mojej córki, która przez miesiąc uczestniczyła tam w szkolnych zajęciach.
O tym, że nie mogłabym być nauczycielką przekonałam się już dawno, bo jako studentka skończyłam kurs dla instruktorow zuchowych. Gdy kończyłam zajęcia w szkole, do ktorej się zgłosiłam, okazywało się, że jestem tak kochaną druhną, że do domu odprowadzała mnie gromadka dzieci uczepiona do mnie niczym winogrono, które nijak nie chciało się ode mnie oderwać. Taki nadmiar uwielbienia też wydał mi się zbyt męczący i na dłużsżą metę nie do wytrzymania. Jednym słowem uważam, że aby zostać nauczycielem trzeba mieć oprócz wiedzy specjalne predyspozycje i nie każdy do tego zawodu się nadaje, podobnie jak nie każdy może zostać lekarzem.
Wiele ostatnio mówimy o szkolnictwie w związku z reformą fundowaną nam obecnie przez minister A. Zalewską. Z ciekawości poszłam na VI debatę organizowaną przez KOD-wską Sekcję Edukacji poświęconą strukturom edukacyjnym w różnych krajach europejskich. Wzory bowiem należy czerpać od najlepszych. Ci, którzy trochę edukacją się zajmują, nie od dziś wiedzą, że wg badań PISA (Programme for International Student Assessment) – czyli międzynarodowych badań koordynowanych przezOrganizację Współpracy Gospodarczej i Rozwojuod 1997 r., bo od wtedy te badania zaczęto, na człowym miejscu znajduje się… Finlandia. Na tej debacie, że tak powiem z „pierwszej ręki”, bo z ust pani Sari Ericsson – pracownika naukowego Uniwersytetu w Helsinkach mogliśmy usłyszeć na czym ten system polega i skąd bierze się jego sukces. Co ciekawe, dzieci w szkole fińskiej zaczynają naukę dopiero w 7 roku życia (wiadomo, ciemno tam dłużej), w dodatku siedzą w szkołach krócej niż inne dzieci i mają mniej zadawane do odrobienia w domu. Tłumaczenie fińskiego fenomenu zacznijmy od tego, edukacja jest tam publiczna i bezpłatna – począwszy od żłobka, na studiach kończąc. Od ub. roku nawet edukacja przedszkolna jest obowiązkowa. Dzieci w szkole otrzymują przez cały dzień darmowe posiłki. Obowiązuje też rejonizacja tzn. dziecko chodzi do tej szkoły, do której ma najbliżej. W jednej ławce siedzi zatem dziecko ministra i dajmy na to sprzątaczki. Klasy są małe – 20 osób w jednej grupie. Gdy jakieś dziecko nie nadąża w nauce, jest zespół, który nad nim czuwa i mu pomaga. Obowiązek nauki trwa do 16- go roku życia. Potem można wybrać bądź szkoły zawodowe, bądź ogólnokształcące. Aby dostać się na studia, trzeba zdać egzaminy wstępne. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Jak się okazuje w Finlandii ogrmnym prestiżem cieszy się właśnie zawód nauczyciela. Na 100% starających się dostaje się na ten kierunek tylko 10%. Każdy nauczyciel musi mieć co najmniej stopień magistra. Jeżeli kończył inny kierunek i chce uczyć, musi jeszcze zrobić specjalne kursy pedagogiczne. Oczywista nauczyciele są też dobrze opłacani. I w nich właśnie czyli w doskonałych nauczycielach pani Ericsson upatrywała główny sukces fińskiego szkolnictwa. W Polsce akurat stosuje się odwrotną praktykę – na kierunki nauczycielskie trafiają mówiąc brzydko tzw. odpady, czyli te osoby, które nie zakwalifikowały się na zwykłe studia magisterskie. Dobrzy nauczyciele kształcą dobrych uczniów – zakończyła swój wywód pani Ericsson. Dodam tu jeszcze, że fiński nauczyciel ma sporą swobodę w nauczaniu i nikt go nie nęka kontrolami z kuratoriów. Finlandia to duży kraj, większy od Polski, posiadający tylko 5 mln mieszkańców. Ważny zatem jest każdy obywatel i jego wykształcenie. Taki model edukacji może nie każdemu się spodobać. To egalitarzym w skrajnej postaci – powiedzą niektórzy. Mnie on się podoba. Orły i geniusze też w nim sobie jakoś poradzą…