Tłumacze w Bloblandii czyli użyteczna bajka o mediach


środa 29/11/2006

Tłumacze w Bloblandii czyli użyteczna bajka o mediach* Pewien rolnik imieniem Jotek, specjalista od ryżu i fasoli, widząc jak inni zarabiają pieniądze na handlu pojechał do Bloblandii robić interesy. Niestety, nie znał języka, więc musiał wynająć tłumacza. Jego konkurenci, producenci kaszy jaglanej, chcąc utrzymać monopol na rynku Bloblandii uprzedzili firmy tłumaczy, że Jotek wcale nie chce robić zwykłych interesów, lecz w istocie zamierza przede wszystkim przejąć rynek tłumaczeń. Wiedząc, że Jotek naprawdę zna się na ryżu i fasoli powiedzieli tłumaczom, że jeśli Jotek mówi ryż, to ma na myśli tłumaczenia symultaniczne, a jeśli mówi fasola, to chodzi mu o tłumaczenia książek. Zwrócili też szczególną uwagę, że gdy Jotek wspomni coś o czerwonej fasoli, to na pewno chodzi mu o tłumaczenia książek dla dzieci, co w Bloblandii było wyjątkowo wysoko płatne, jako że Bloblandia słynęła z poparcia czytelnictwa wśród dzieci. Tymczasem czerwona fasola była ulubionym towarem Jotka i wprost nie potrafił się powstrzymać, by o niej nie opowiadać. Taki był dumny ze swoich upraw.

 Gdy Jotek przyjechał do Bloblandii tłumacze przyglądali mu się z rezerwą. Nie byli pewni, że to co o nim słyszeli, to prawda. A Jotek z zapałem opowiadał o ryżu i fasoli. Zakłopotani tłumacze nie wiedzieli co zrobić. Jotek też czuł się nieswojo, ponieważ słabo orientował się w biznesie tłomackim, a bloblandzkiego nie rozumiał ani w ząb. Aby przełamać lody postanowił opowiedzieć tłumaczom o swoim największym marzeniu: chciał mianowicie wyhodować czerwoną fasolę czwartej generacji.

 Tego tłumaczom było już za wiele. Gdy Jotek stanął naprzeciw handlowców całej Bloblandii i zaczął zachwalać ryż i fasolę, tłumacze w każdym zdaniu dodawali zwroty „rzekomo”, „jak mówi nasz gość” czy „twierdzi bez pokrycia”. Zaś kilku z nich, wyspecjalizowanych w literaturze dziecięcej, tłumacząc słowa Jotka mrugało do słuchaczy, kręciło kółka na czole, dłubało w nosie, bądź chichotało nerwowo. Tu trzeba podkreślić, że tłumacze częściowo byli podkupieni przez konkurencję, a częściowo po prostu nie wiedzieli jak się zachować i z tej niepewności wpadali w rozmaite tiki, gestykulowali nadmiernie bądź jak wspomniałem chichotali nerwowo bez widocznej przyczyny.

 Jotek jako człowiek inteligentny zorientował się, że coś tu jest nie tak, więc zaczął pouczać tłumaczy, że chodzi mu wyłącznie o to, by dobrze tłumaczyli jego ofertę. Mówił do nich wolno, wyraźnie i ogólnie rzecz biorąc dużymi literami: FA-SO-LA, RYYYŻ, FASOLA, Er, Igrek, Żet. Handlowcy nie bardzo rozumieli o co chodzi; widzieli jedynie, że Jotek się denerwuje, a tłumacze są coraz bardziej zaniepokojeni.

 Jotek widząc, że z tymi tłumaczami nie bardzo dociera do swoich klientów, zażądał zmiany ekipy. Przyszli więc nowi, ale starzy, obrażeni zwolnieniem z roboty, przekazali im na ucho, co tak naprawdę znaczy ryż i fasola w języku Jotka. A przede wszystkim uczulili ich na wyjątkowo wprost perfidną kwestię czerwonej fasoli, która nie tylko odbierze im pracę, lecz jeszcze odda we władanie Jotka umysły ich dzieci.

 Traf chciał, że wśród nowych tłumaczy był brat bliźniak jednego z najporządniejszych tłumaczy z poprzedniej grupy. On jako jedyny starał się tłumaczyć handlowcom, że fasola to fasola, a ryż to ryż. Kiedy przyszła druga grupa tłumaczy, Jotek był już bardzo zdenerwowany i gdy zobaczył brata-bliźniaka sądził, że to ten sam tłumacz stara się wkręcić do nowej grupy, by go dalej ośmieszać. Była to jedyna znana mu twarz, więc od razu zwrócił się do niego zarzucając mu nieuczciwość, manipulację i chęć zarobku za wszelką cenę (no bo po co miałby – myślał Jotek – ów tłumacz wciskać się ponownie do grupy tłumaczy, jak nie dla pieniędzy?). Tłumacz zaskoczony atakiem bronił się nieporadnie i głupio, zaś jego brat przyglądając się z boku pomyślał sobie, że niepotrzebnie bronił Jotka, skoro ten jest agresywnym impertynentem obrażającym bez powodu jego brata. Od tej pory i ten uczciwy tłumacz zaczął mówić w sposób mało przyjazny Jotkowi. Mówił bowiem, że wprawdzie Jotek naprawdę handluje ryżem i fasolą, ale Bloblandia będzie niemiłym krajem jeśli Jotek dojdzie w niej do znaczenia i bogactwa.

 A tymczasem część podkupionych przez konkurencję tłumaczy miała ubaw po pachy. To oni brali kasę od producentów kaszy jaglanej, ale nic nie musieli robić, gdyż Jotek miotając się w tłumie tłumaczy poobrażał tylu z nich, że nawet ci, którzy woleli ryż od kaszy jaglanej, atakowali teraz Jotka twierdząc, że jego ryż, to nie jest prawdziwy ryż tylko podróbka jaglanki gorszego gatunku.

 Szef związku tłumaczy od początku nie wiedział co myśleć o teorii konkurentów Jotka. Lubił ryż i fasolę, a za czerwoną fasolą produkcji Jotka, znaną mu z zagranicznych wojaży, wprost przepadał. Ale widział też, że im więcej Jotek mówi, tym więcej pracy mają jego tłumacze, więc z nikim nie dzielił się swoimi myślami. W końcu fasolę i ryż mógł jadać za granicą, a im więcej pracowali tłumacze, tym częściej mógł jeździć za granicę.

 I już producentom kaszy jaglanej wydawało się, że wygrali i że ludzie Bloblandii nigdy nie dowiedzą się jak smakuje ryż i czerwona fasola, gdy zmęczony przekrzykiwaniem tłumaczy Jotek stracił głos i – zamilkł.

 Ponieważ nikt go Bloblandii po awanturze z tłumaczami nie lubił, nie mógł się dostać do lekarza i na dłuższy czas zamienił się w niemowę. Co więcej dowiedział się, że przy jego stanie zdrowia powrót do kraju jest chwilowo niewskazany i że musi pozostać w Bloblandii co najmniej pół roku. Producenci jaglanki triumfowali. Jotek-niemowa uwięziony w Bloblandii na sześć miesięcy, czyż może być lepiej?

 Zrozpaczony Jotek przez pierwszy tydzień tłukł się po pokoju hotelowym tam i z powrotem, lecz potem zajął się tym, co umie najlepiej – hodowlą ryżu i fasoli w wynajętym ogrodzie. Nie na skalę handlowa, lecz ot, tak dla siebie, rodziny i dla uspokojenia nerwów.

 Związek tłumaczy jeszcze przez parę tygodni biegał po wszystkich targowiskach opowiadając handlowcom co za okropieństwa miał na myśli Jotek mówiąc ryż i fasola, ale handlowcy nie bardzo chcieli dalej słuchać tłumaczy, zwłaszcza, że producenci jaglanki szybko podnieśli ceny. Ponadto nikt już tłumaczom za bieganie nie płacił, bo Jotek nic nie mówił i nie było co tłumaczyć.

 Dochody szefa związku tłumaczy też spadły, więc nie mógł tak często jeździć za granicę po ryż i fasolę, co wcale nie wprawiało w dobry humor jego kłótliwej żony. Zwłaszcza że jeżdżąc codziennie do kosmetyczki widziała jak w pewnym opuszczonym ogrodzie rośnie wspaniała czerwona fasola.

 Koniec końców zaczęła potajemnie wysyłać do ogrodu swoją kucharkę i Jotek – wciąż niemowa – zaczął sprzedawać swoją fasolę. A że przyjęcia w domu szefa tłumaczy należały do najbardziej snobistycznych, moda na czerwoną fasolę szybko się rozprzestrzeniała.

 Ponadto Jotek z nudów uczył się wieczorami bloblandzkiego i kiedyś na spacerze spotkał braci bliźniaków z rodzinami i zrozumiawszy swoja pomyłkę przeprosił ich wedle bloblandzkiego zwyczaju (co prawda szeptem, bo jeszcze bardzo bolało go gardło) i zaprosił do domu na kolację. Oczywiście kolację z czerwonej fasoli. Tłumacze ujęci gościnnością Jotka polecili mu dobrego lekarza, który szybko wyleczył go z bólu gardła, a ponadto polecił najlepszego nauczyciela bloblandzkiego, skądinąd zięcia szefa związku tłumaczy.

 I tak dzięki chorobie gardła i przymusowemu milczeniu w Bloblandii, gdy zbliżała się pora kolejnych słynnych, dorocznych targów w stolicy, Jotek gotów był do rozmowy z handlowcami bez pośrednictwa tłumaczy.
 Zresztą nie miało to znaczenia – czerwona fasola i tak była już najpopularniejszym daniem w całej Bloblandii.

* Bajkę napisałem w marcu 2006, niestety, dziś można z żalem stwierdzić, że fasola nie jest najpopularniejszym daniem w Bloblandii. Nie przewidziałem, że Jotek, zamiast uczyć się bloblandzkiego, skuma się z Lepciem i Grzebciem, którzy najchętniej mówią tylko na migi, a że do powiedzenia mają niewiele, to i uczyć się nie ma czego. Lepcio i Grzebcio na sojuszu z Jotkiem wychodzą marnie (co mnie akurat nie martwi), ale uprawa fasoli stoi w miejscu. Szkoda.

.


Moje najnowsze wpisy

 

Kapuściński

czwartek 25/01/2007

 To był wielki pisarz, który zaczynał jako dziennikarz i reporter, ale od pewnego momentu nie miało to już znaczenia, tak jak nie miało znaczenia skąd…


Wanna Odorowicz

środa 17/01/2007

Dziś krótko: co będzie w tekście o dyrektor PISF i przez kogo będzie napisane - wiadome było od dawna. Tak jak wiadome było na czyje…


Dwa epizody z życia TVP

wtorek 09/01/2007

                        Czarna lista Ostatnia demonstracja na której byłem w życiu odbywała się przed gmachem Rzeczpospolitej w obronie Bronisława Wildsteina. Byłem tam nie dlatego, żebym się…


LIst do Ojca Świętego

niedziela 07/01/2007

Gdy wiele miesięcy temu zapisywałem w książce adresowej e-mail do Ojca Świętego: benedictvxi@v atican. va, nie sądziłem, że kiedykolwiek z niego skorzystam. A jednak. Oto…


Autolustracja

wtorek 02/01/2007

Przyjechałem do rodziców po pranie, gdy zadzwonił telefon. Dzwonili z Pałacu Mostowskich żądając spotkania i odwołania manifestacji. Powiedziałem, że bez formalnego wezwania z numerem sprawy…


Stan wojenny - klęska czy czas próby?

piątek 22/12/2006

Jerzemu Sosnowskiemu do sztambuchaStan wojenny miał to do siebie, że znosił bariery społeczne. Tylko dzięki temu mogłem spacerować zimową porą z Klemensem Szaniawskim, wybitnym profesorem…


Uprzejmie donoszę

środa 20/12/2006

Uprzejmie donoszę, że ja też tam byłem, whisky z wodą piłem (ale piwa nie). I siedziałem zbyt daleko od okna, żeby dało mi się zrobić…


Halo Hans! czyli Pamiętnik znaleziony w IPN-ie

czwartek 14/12/2006

W workach podrzuconych na kuchennych schodach IPN znaleziono teczkę, która stanowi najstarsze znalezisko dotyczące infiltracji polskiego podziemia zbrojnego przez służby radzieckie. W teczce tej zawarto…


Kto upilnuje strażników? Lepper kontra GW

poniedziałek 11/12/2006

Kto upilnuje strażników? Stare pytanie. Wciąż nowe uzasadnienia. Oczywiście Andrzej Lepper domagający się zamknięcia „GW” po prostu się ośmiesza. Oczywiście niechęć obecnej władzy oraz wspierających…


Autolustracja dziennikarzy - 10 lat później

poniedziałek 27/11/2006

Rzecz działa się 10 lat temu, gdy w Sejmie toczyła się dyskusja nad ustawą lustracyjną. Gdzieś w Sejmowych archiwach znajduje się zapewne dokument następującej treści:…