Zapamiętać numer 1738 oraz Llosa, Moore, Kapuściński i Fuss


środa 27/12/2006

Numer 1738 to numer przyjętej jednogłośnie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ z 23 grudnia 2006 o ochronie dziennikarzy w czasie konfliktów zbrojnych. To światowa premiera: pierwszy raz Rada Bezpieczeństwa zgodziła się wydać dokument odnoszący się specjalnie do dziennikarzy. Reporterzy bez Granic, którzy przekonywali władze pięciu mocarstw (członków stałych RB) do jednoznacznego potępienia ataków na dziennikarzy w czasie wojny, bardzo się cieszą, bo według organizacji, rezolucja przyczyni się do zwiększenia świadomości wolności prasy, w bardzo trudnym dla niej momencie.

„To wspaniały prezent gwiazdkowy dla dziennikarzy” – powiedział po głosowaniu sekretarz generalny RbG Robert Menard. „Ta rezolucja – mówił Menard – z jednej strony przypomina wszystkim państwom i grupom zbrojnym, że istnieje prawo międzynarodowe, które należy przestrzegać, a z drugiej przypomina tym samym państwom, że czas skończyć z bezkarnością: kiedy ginie dziennikarz potrzebne jest śledztwo i odpowiednie sankcje. ”

Rezolucja 1738 mówi, że dziennikarze obsługujący konflikty zbrojne są cywilami, więc powinni być chronieni, „pod warunkiem, że nie robią nic sprzecznego z ich statusem cywilów”.

Oczywiście los rezolucji RB ONZ bywa bardzo różny. Lepiej nawet nie mówić jaka część z niemal dwóch tysięcy rezolucji pozostała na papierze. Wiele z nich interpretuje się dowolnie, w zależności od punktu widzenia zainteresowanych stron czy potrzeb chwili. Wiele po prostu bezczelnie się łamie, i dotyczy to również niektórych państw demokratycznych.

Jednak poszanowanie wolności prasy w czasie wojen przeżywa kryzys najpoważniejszy od wielu, wielu lat. Do dziennikarzy strzela się jak do kaczek. Może ta rezolucja na razie zaświadcza tylko, że ten fakt w końcu dotarł do świadomości władz najważniejszych politycznie państw świata. Ale może też da się – poprzez kłucie w oczy numerem 1738 – wymusić zachowania, które z tego kryzysu pomogą wyjść.

Kochany Izrael

(Wpis z 12 stycznia 2007)

„Llosa – jak ja – kocha Izrael” – napisał Paweł Smoleński recenzując w „Wyborczej” książkę peruwiańskiego pisarza o konflikcie izraelsko-palestyńskim*. Wkraczamy w krąg miłości, kordialnego uśmiechu – i wszystko się zgadza, oprócz jednego. Recenzent odrzuca sugestię pisarza, że państwo żydowskie jest rasistowskie. Tekst Smoleńskiego nosił tytuł „Za co obrywa Mario Vargas Llosa”. Za „te rzeczy” łatwo oberwać. Ostatnio oberwał były amerykański prezydent Jimmy Carter, po wydaniu książki „Palestine. Peace Not Apartheid” („Palestyna. Pokój zamiast apartheidu”).

Carter musiał gęsto się tłumaczyć z sugestii zawartej już w tytule, że mianowicie Izrael jest państwem rasistowskim. Spotykał się nawet z delegacjami amerykańskich rabinów, żeby ich przekonać, że kocha Izrael. Awantura zrobiła się taka, że w końcu napisał „List otwarty do żydowskich obywateli Stanów Zjednoczonych”. Sformułował w nim ciekawy koncept publicystyczny oparty na rozbiciu nierozerwalnego – wydawałoby się – związku między apartheidem a rasizmem. Napisał, że „u podstaw systemu apartheidu w Palestynie nie leży rasizm”… i jednocześnie podał własną definicję apartheidu: „ narzucona siłą segregacja między dwoma narodami żyjącymi na tej samej ziemi, gdzie jeden naród dominuje i prześladuje drugi”. Ufff, co za ulga.

Llosa pisze w swojej książce o bijącej w oczy stronniczości amerykańskich mediów w traktowaniu konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Nie ulega wątpliwości, że kochają one Izrael, stąd jakakolwiek głośna sugestia jakoby Izrael był rasistowskim państwem wywołuje szok i potępienie. Zbrodnie – ostatecznie zgoda, ale nie rasistowskie.

Llosa wyszedł ze swojej zasadniczej roli wielkiego pisarza, wystąpił jako reporter. To się trochę kojarzy z „Czterema dniami w Szatila” Geneta (o masakrze uchodźców palestyńskich w czasie izraelskiej inwazji na Liban), ale to właściwie nie ten gatunek. Jeśli ktoś, kto czytał powiedzmy „Miasto i psy”, spodziewa się czegoś gwałtownego, to się zawiedzie. Llosa pisze tu bardzo spokojnie, wręcz delikatnie, próbuje wszystko równoważyć. Rozsądnie używa też wszystkich rytualnie wymaganych zapewnień, że ewentualna krytyka polityki Izraela nie wynika z antysemityzmu.

W każdym razie czytelnik ma okazję odkryć, że „świętą wojnę” prowadzi wielu Izraelczyków-fanatyków. Cóż, Izrael jest państwem militarno-wyznaniowym, rządzonym przez skrajnie nacjonalistyczny rząd, który z Bogiem na ustach organizuje krwawą kolonizację zabranych siłą ziem zagranicznych. Nie, Izrael nie popełnia ludobójstwa na Palestyńczykach. Jak pisze jeden z nielicznych „sprawiedliwych Izraelczyków” (według określenia Llosy) chodzi zaledwie o rasistowską politykę „socjobójstwa” wobec tego narodu.

Jeśli więc Izrael prowadzi „świętą wojnę” to nic dziwnego, że niektórzy „sprawiedliwi Izraelczycy” opisani przez Llosę widzą swoje państwo jako fanatycznego zamachowca-samobójcę, którym nie kieruje jednak oślepiający brak wolności i nadziei, tylko ślepa chęć dominacji i zatrzymania zagrabionych ziem.

Smoleński pisze, że Izrael raczej nie jest państwem rasistowskim, bo np. Arabowie z Izraela „mogą” studiować na izraelskich uczelniach („dla nauczyciela Żyda to niekiedy powód do dumy, że ma arabskiego studenta”). To ma pewnie zaprzeczać regule, jak ostatnia propozycja Partii Pracy, by pierwszy raz muzułmanin został ministrem w izraelskim rządzie. Mówienie o rasizmie państwa żydowskiego jest jak śmierdzące jajko, trzeba z tym obchodzić się ostrożnie, a – według Smoleńskiego – najlepiej z miłością i zrozumieniem. Może nawet bez względu na to co proponuje faszystowska partia ministra Liebermana.

Jeśli Llosa kocha Izrael to ze złamanym sercem, bo widział izraelską okupację na własne oczy.

*Mario Vargas Llosa, „Izrael – Palestyna. Pokój czy święta wojna”, Świat Książki, 2007

Drogi panie prezydencie

(Wpis z 16 stycznia 2007)

W Stanach Zjednoczonych powstaje mnóstwo świeżych pomysłów jak wygrać wojnę w Iraku. Sam prezydent Bush wymyślił ostatnio, żeby wysłać dodatkowe 20 tysięcy żołnierzy. Jednak nie wszystkim ulżyło. Podniosły się głosy neokonserwatystów, żeby iść jeszcze dalej za tym decydującym ciosem. Niespodziewanie dołączył do nich znany reżyser Michael Moore. Napisał otwarty list do prezydenta ze szczegółową propozycją, pod tytułem „Drogi panie prezydencie, proszę wysłać więcej ludzi”…

„Drogi Panie prezydencie, dzięki za pańskie przemówienie do narodu. (…) Ale czy mogę szczerze z Panem pogadać? Wysłanie dodatkowych 20 tysięcy żołnierzy to za mało… ledwo znajdziemy się na poziomie zeszłego roku. A w zeszłym roku przegrywaliśmy wojnę! Od 2003 roku przez Irak przeszedł już ponad milion naszych żołnierzy. Parę tysięcy więcej po prostu nie wystarczy, by znaleźć broń masowego rażenia! Eeee, to znaczy chciałem powiedzieć: żeby postawić przed sąd odpowiedzialnych za 11 września! A, nie, racja, to też nie to. Spróbujmy: żeby przynieść pokój na Bliski Wschód! TAK!

Musisz być odważniejszy facet! Tym razem musisz wygrać! Saddama już załatwiłeś! Powiesiłeś go krótko i węzłowato! Uwielbiam oglądać wideo z egzekucji – to jak na starym, dobrym Dzikim Zachodzie! Ten niedobry gość był na czarno! Kaci byli tak samo stuknięci jak wisielec! Super, nie ma to jak lincz! Muszę przyznać, że jest mi bardzo przykro z powodu sytuacji, w jakiej się znalazłeś. Jak mawia Ricky Bobby [znany w USA kierowca wyścigowy] „Jak nie jesteś pierwszy, to jesteś ostatni”. A dla Amerykanów to niezbyt dobra rzecz, boś upokorzony przed całym światem.

Ale Panie prezydencie, proszę posłuchać. (…) Jedyny sposób żeby sprawę w końcu załatwić to zalać Irak milionami Amerykanów! No wiem, że nie ma Pan już żołnierzy w rezerwie… ale to znaczy, że trzeba szukać gdzie indziej! Jedyny sposób, żeby pokonać 27 –milionowy Irak, to wysłać co najmniej 28 milionów ludzi! Projekt byłby taki: Pierwsze 27 milionów Amerykanów jedzie do Iraku i każdy zabija jednego Irakijczyka! To powinno szybko zakończyć wojnę domową. Pozostały milion odbudowuje Irak. Proste.

Tak, wiem, co chce Pan powiedzieć. Gdzie ja mianowicie znajdę 28 milionów Amerykanów gotowych do wyjazdu? Oto kilka sugestii.

1. Ponad 62 miliony Amerykanów głosowało na Pana w czasie ostatnich wyborów (po półtora roku wojny, kiedy już było wiadomo, że przegraliśmy). Jestem pewien, że co najmniej jedna trzecia z nich zechce pogodzić swoje czyny z własnym wyborem i zgłosi się na ochotnika. Znam sporo takich ludzi i –nawet jeśli nie zgadzamy się w paru punktach – wiem jak są przekonani, że to niesprawiedliwe, by inni bili się za nich, podczas gdy oni siedzą tutaj, w Stanach!

2. Niech Pan koniecznie zorganizuje obywatelskie kolektywy pod hasłem „Zabij jednego Irakijczyka”. Wiem, to aktualnie bardzo trendy, ale kiedyś widziałem taką grupę i zapewniam Pana, że najlepsze pomysły przychodzą im do głowy po trzecim drinku. Jestem przekonany, że uda się przekonać w ten sposób dodatkowe pięć milionów ochotników.

3. Niech Pan wyśle do Iraku wszystkich dziennikarzy ogólnokrajowych mediów. W końcu pomogli Panu wywołać tę wojnę, a wielu z nich było „embedded”, są więc już wyćwiczeni! Jeśli mimo to nie zbierze Pan 28 milionów, zawsze można wysłać do Iraku telewidzów Fox News.

Panie Bush! Proszę się nie poddawać! To właśnie teraz trzeba mocno uderzyć! Nie bądź Pan mięczak, nie zadowalaj się Pan wysłaniem do boju kilku zmęczonych oddziałów. Niech Pan zjednoczy naród i pokieruje go sam – osobiście – do ostatecznego zwycięstwa, jak prawdziwy wódz naczelny! Niech Pan weźmie ze sobą wszystkich neokonserwatystów! I… cała naprzód! (…)

Szczerze oddany

Michael Moore”

Hm… to nie to samo co błazenada Busha (to ten na pamiętnym zdjęciu, przebrany za wojskowego lotnika na tle napisu „Misja spełniona”), ale my, konsekwentni sojusznicy, powinniśmy być na bieżąco. W końcu każdy amerykański pomysł nas inspiruje. A do walki o pokój podchodzimy wręcz z sentymentem.

Ryszard Kapuściński i Komitet Centralny

(Wpis z 23 stycznia 2007)

Tylko kilka fragmentów z „Autoportretu reportera” zmarłego dziś Ryszarda Kapuścińskiego*:

„Mój kolega, reporter brytyjski Philip Knightley napisał książkę o korespondentach wojennych pod tytułem "The First Casualty" – "Pierwsza ofiara". Co jest pierwszą ofiarą wojny? Prawda. Autor dokonał przeglądu wydarzeń od wojny krymskiej, od połowy XIX wieku, do czasów wojny wietnamskiej i porównał to z tym, co o tych wydarzeniach piała prasa angielska. Otrzymał dwa różne obrazy: ten prawdziwy, historyczny, i ten zupełnie odmienny, nakreślony przez prasę. (. )

Rozwój mediów postawił przed nami jeden z głównych problemów etyki, a mianowicie problem prawdy i kłamstwa. W średniowieczu środkiem komunikowania był list. Piszący go, jeśli kłamał, okłamywał określonego człowieka. Później Hitler mógł okłamać czterdzieści milionów ludzi, Stalin – dwieście milionów. Dziś niektóre programy sieci telewizyjnych ogląda miliard. Jeżeli tam przeniknie kłamstwo, to zostanie ono powielone miliard razy. Ciężar nadużycia stanie się tym samym nieporównywalnie większy. (. )

W wyniku redakcyjnych skrótów i pominięć praca korespondenta zagranicznego jest coraz mniej widoczna. Przyczyną jest również konsumeryzm, filozofia współczesnego świata. Konsumeryzm wymaga spokoju, dobrego samopoczucia, zadowolenia. Wobec tego należy usuwać, redukować do minimum wszystko, co burzy ten obraz. Pokazywać jak najmniej konfliktów. A jest ich na świecie około siedemdziesięciu, w tym kilka "zapomnianych wojen". Ludzie nie mają pojęcia, że one trwają. (. )

(O transmisji CNN z wojny w Zatoce Perskiej): Był to bardzo specyficzny zabieg, pokazywanie wojny jako widowiska, doskonale pasującego do filozofii konsumeryzmu. Takie relacjonawanie wojny, które nie przeszkadza nam w kolacji czy lunchu. To jest uestetycznianie zdarzenia, które w rzeczywistości jest krwawe i okrutne.

Wiedza o świecie coraz bardziej przechodzi w ręce mediów. Przeciętny człowiek wie tyle, ile mu pokaże amerykańska telewizja. Wszystkie inne telewizje, z naszą włącznie, kupują materiały od telewizji amerykańskiej i wzorują się na niej. Wiemy o świecie tyle, ile chcą, abyśmy wiedzieli, trzy wielkie sieci amerykańskiej telewizji. Nie uprawiają cenzury, jaką znamy z czasów komunistycznych, ale manipulację. Odejście od prawdy nie jest fałszem wprost, jest nim przyjęcie fałszu za prawdę.

- Na czym więc opiera się ta manipulacja?

Na doborze tematów. Pokazuje się tylko niektóre rzeczy, i to w nienormalnych proporcjach. Na przykład bieda. Oglądając telewizję, mamy prawo myśleć, że na świcie głównym problemem jest terroryzm, różni fundamentaliści, handel narkotykami i wszelka przestępczość. To nie jest prawda. Głównym problemem świata jest to, że dwie trzecie ludzkości żyje w biedzie, na pograniczu głodu, bez szansy zmiany tego stanu. Dawniej świat był podzielony na Wschód i Zachód, demokrację i totalitaryzm. Dziś mamy podział na biednych i bogatych. Ta różnica rośnie. Wchodzimy w XXI wiek jako rodzina ludzka bardzo podzielona. Dwieście sześćdziesiąt osiem osób na świecie posiada majątek równy majątkowi połowy ludzkości. Tego nie potrafimy zmienić. Zbyt wielkie siły pracują na to, żeby ten podział utrzymać, a nawet pogłębić. Ale o tym nie dowiemy się z dziennika. Manipulacja polega na tym, że się problem biedy spycha do egzotyki. (. )

Dzisiejsze media poruszają się stadnie, jak owce. Nie umieją się zdobyć na posunięcia odrębne, niezależne od nikogo. Z tego też powodu wszędzie czytamy i słuchamy tych samych relacji, tych samych wiadomości. Weźmy na przykład wojnę w Zatoce Perskiej. Dwieście ekip telewizyjnych skupiło się na tym samym obszarze. W tym samym momencie wiele rzeczy ważnych, a nawet kluczowych dział się an innych obszarach świata, ale okazywało się to nieważne, nikt o tym nie informował, bo wszyscy byli w Zatoce. Ponieważ celem każdej wielkiej sieci telewizyjnej nie jest przekazywanie wizerunku świata, lecz unikanie porażki w konfrontacji z innymi sieciami. I jeśli zaraz potem wydarzy się coś nowego, wszyscy przemieszczą się w nowy region, będą przebywali w tym samym miejscu i nie będą mieli czasu na inne miejsca. I w ten właśnie sposób przeciętny człowiek wyrabia sobie pogląd na temat sytuacji światowej. (. )

O ile kiedyś szefami gazet, stacji telewizyjnych czy radiowych byli panowie redaktorzy, zapaleńcy, którzy o coś walczyli, o tyle dzisiaj są to po prostu zwykli biznesmeni. Oni nie mają nic wspólnego z żadnym dziennikarstwem i nie chcą mieć! Informacja z rąk ludzi, którzy nie troszczą się o to, żeby informacja była prawdziwa, ważna czy wartościowa, ale o to, żeby była atrakcyjna. Dzisiaj informacja musi być ładnie opakowanym produktem, żeby go łatwo było sprzedać. Zmiana kryteriów prawdy na atrakcyjność stanowi wielką rewolucję kulturalną, której wszyscy jesteśmy świadkami i uczestnikami, a po części ofiarami. Szef nie pyta, czy to prawda, ale czy to się da sprzedać, czy przyjdzie za tym reklama, bo on z tego żyje. Te wielkie media odwracają naszą uwagę od spraw istotnych i kierują na problemy techniczne. Kto szybciej, kto barwniej, płasko czy wirtualnie, kto ma relację satelitarną, bezpośrednią, a kto retransmisję? Jednym słowem, kto da mnie czasu odbiorcy na refleksję. (. )

Na to wszystko nakłada się jeszcze inne zjawisko. Otóż tak jak kiedyś istniał komitet centralny komunistycznej partii, tak teraz tworzy się "komitet centralny" informacji. Postępuje centralizacja wielkich sieci medialnych, coraz więcej informacji znajduje się w coraz mniejszej liczbie rąk. Widać tendencję wielkiego kapitału do skupywania źródeł informacji, do łączenia sieci komunikacyjnych. (. )

- Od czasu wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku chyba żadne międzynarodowe wydarzenie nie stało się obiektem tak wielkiego zainteresowania mediów – i popatrzeć tylko, z jak mizernym rezultatem, jak mało informacji.

Nie chciałem tam jechać. Zdawałem sobie bowiem sprawę, że to w zasadzie nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem. To była propaganda, klasycznie kontrolowany mechanizm propagandowy. Jedynym źródłem informacji były komunikaty armii amerykańskiej. Podczas wojny z Kuwejtem dziennikarstwo przeobraziło się w oddział propagandowy pracujący dla generalnego sztabu amerykańskiej armii. "

* Ryszard Kapuściński, Autoportret reportera, Wydawnictwo Znak, Kraków 2003. Wybór i wstęp Krystyna Strączek.

Wiadomość od Petera Fussa

(Wpis z 27 stycznia 2007)

Peter Fuss, autor bilbordu „Żydzi won z katolickiego kraju” i koszalińskiej wystawy „jezus christ king of poland”, pozostaje, póki co, nieuchwytny. Policja jest na tropie, wystawę zamknięto, plakat zalepiono, ale on sam, zamaskowany niczym jego ostatnie dzieło, jest ciągle na wolności. Wczoraj dostałem od niego wiadomość, w której z uśmiechem mówi, że lekko mu nie jest. Od razu jasno podkreślam, że nie wiem gdzie on teraz przebywa. Ale, jako lojalny obywatel, mogę podać pewne poszlaki…

Szukać go należy w krainie baśni. Pseudonim Peter Fuss nie jest, jak podejrzewają niektórzy, starym, żydowskim nazwiskiem, lecz zabawą językową: to Peter Pan (Piotruś Pan), który zamienił się dosłownie w Petera Prowokację („fuss” ang. zamieszanie, heca, wkurzenie, dziwna historia). Kurator wystawy z Koszalina zeznaje, że nigdy nie widział twarzy artysty, bo był on „zamaskowany” i „pojawiał się nocą, na krótko”… No, jaka to bajka? Taaak, to Zorro, który triumfalnie wypisał szpadą swoje „Z” na drzwiach kościoła stawiając na nogi dwa pułki wojska!

Wojsko pijanych grubasów jest zdezorientowane, żeby – jak w każdej dobrej baśni – było się też z czego śmiać. Pułki ścigają naszego Zorro w całkowitych ciemnościach: raz obwieszczają, że z artykułu 256 kodeksu karnego (antysemityzm) a raz, że z 226 ( obraza majestatu urzędnika państwowego – na plakacie był Kaczyński). Przypomina się jedna z prac Petera Fussa – dwie postacie stoją przed jakimiś dziełami w galerii i napis: „They’re talking about art. They’re thinking about fucking”.

35-letni Peter Fuss tworzy fabularne historie społeczne, w którym udział biorą wszyscy, również media. Bajka o rutynowym i bezmyślnym podbieraniu tematów z mediów lokalnych? Proszę bardzo. Działający w ciemności dziennikarze z „Głosu Koszalińskiego” donoszą o „antysemickiej prowokacji” a zaraz potem media centralne o „antysemickim plakacie”… zanim, zdezorientowane, nie zadały sobie pytania kim jest Zorro, który tak je wystrychnął na dudka? No i – jak to w ciemności – działają po omacku, muszą wróżyć z fussów.

Jest taka praca P. F. „Polish boys with moustache” – przedstawia ona trzech wąsatych sierżantów Garcia, jeden oryginał i dwa klony. Klonowanie to „seryjna reprodukcja”, a „seryjna reprodukcja” jest cechą mentalnego kiczu. Taki kicz wprowadza zamieszanie. Artysta podnosi ten temat w kilku pracach, jak w bilbordzie o Kaczyńskich, którzy „mylą się” (i nie tylko „mu”). Ten sam wątek widać na bilbordzie „JP2 – B16”, na którym z daleka obaj wyglądają jak klony. Na szczęście – dla tych, którzy mogliby się pomylić – jeden jest przekreślony krzyżykiem, co ułatwia orientację w seryjnej aktualności.

Co do B16 tym łatwiej się pomylić, że jest on przykładem ikony zastępczej w polskiej fabule społecznej, jest „klonem” z woli ludowego pożądania. Może dlatego, że B16 jest Niemcem, ludzie bardzo chcieli widzieć w nim wydajny ersatz poprzednika. Do tego stopnia, że nowo-starą ikonę wstawili dokładnie w te same ramy krakowskiego okna: z daleka wyglądała tak samo jak kiedyś, wiwatom nie było końca. Baśń trwała dzięki klonowaniu.

Ale wracając do „authentic polish gays”. Można było pęknąć ze śmiechu kiedy, pogrążeni w ciemności, zrazu na forach internetowych bronili „antysemickiego plakatu” ( w stylu: „lewackiej Nieznalskiej broniliście hipokryci, brońcie teraz naszego!”). Kiedy jednak przywykli do ciemności, w której odnaleźli swojskość własnej bajki, uznali, że łysiejący blondyn Peter Fuss jest Żydem. Wszystko się więc dobrze kończy. Po pewnym niepokoju, z prawdziwą ulgą uznali go za klona swoich wrogów, przylgnęli do bezpiecznego kiczu własnych poglądów.

Można było się też uśmiać z internetowego forum Frondy, które, na wieść o Zorro, zapewnia na pierwszej stronie, że nie jest forum antysemickim, że admin wszystkie złe wpisy kasował. No cóż, z tego co zostało starczyło żeby zapełnić obszerne ściany na wystawie tajemniczego Petera. Ale kto to zobaczy skoro pojawiło się grube wojsko? I chyba słusznie, jeśli baśń ma się toczyć zgodnie ze swoją logiką.

Kościół równie słusznie (i równie zabawnie) oburza się na media, a konkretnie na jeden z portali internetowych, że pokazywał fatalny bilbord głównie na tle kościoła („siedem z dwunastu zdjęć!”). Tymczasem Peter Fuss eksponuje tylko jedną fotografię swego dzieła z kościołem w tle. Zdjęcie pierwsze to bilbord bez kontekstu. A drugie – pierwsze kontekstowe – pokazuje tylko, że artysta plastycznie przemyślał miejsce ekspozycji. Zblokowane twarze na plakacie, regularnie ułożone w prostokąt poziomów i pionów, idealnie odpowiadają prostokątom tła: dwóm (sklonowanym?) ogromnym, milczącym blokom mieszkalnym. Nieźle.

Sztuka Fussa jest zaangażowana, publicystyczna i romantyczna na swój ironiczny sposób. Anarchista-sytuacjonista jest jak ryba w wodzie działając w konserwatywnym społeczeństwie.

Antynarodowy ten Peter Fuss? Nie bardziej niż inni europejscy artyści, którzy grają z narodowym dobrym samopoczuciem przystawiając rodakom lustro. No zgoda, wielu odskakuje od tego zwierciadła jak oparzeni. Ale to jest właśnie element baśni w odcinkach, jak późniejsze, nieuchronne zarzuty o antypolskim spisku, niskich pobudkach czy kompleksach twórcy. Tu jest Polska, „nieprzewidywalna w sposób przewidziany”, jak w scenariuszu-samograju, jak w serialu o romantycznym Zorro, który być może kiedyś się jeszcze pojawi, by zakreślić w ciemności swoje triumfalne „Z”. Niektórzy zaczną się bać, że pojawią się jego klony. Niepotrzebnie, przecież to lubimy. Taka zresztą jest treść wiadomości od ściganego P. F.

.


Moje najnowsze wpisy

 

Trump, Obama i widzenie członka

czwartek 10/11/2016

Trump wygrał. Nie mogę pozbyć się skojarzenia z pytaniem, zawartym w pracy Petera Fussa, wystawionej we Wrocławiu w 2008 r. Oto padła odpowiedź. To Trump…


Sekrety dżungli, czyli historia plastiku i NATO

niedziela 30/10/2016

Dlaczego siedzenia w autobusach pokryto grubym plastikiem, na czas podróży migrantów z likwidowanej „dżungli” w Calais? Zdjęcia pasażerów na tych plastikach wywołały pewną konsternację, nawet…


Dabiq nr 15. Pozdrowienia z Państwa Islamskiego

wtorek 02/08/2016

Jest nowy numer Dabiqa. Oficjalny periodyk Państwa Islamskiego (PI), z hasłem „Break the cross!” na okładce, bierze na celownik chrześcijan („krzyżowców”). Atakuje papieża Franciszka. Zdarzyło…


Państwo Islamskie – feminizm i pokój

poniedziałek 30/11/2015

Wyszedł właśnie 12, świąteczny można powiedzieć, numer oficjalnego organu prasowego Państwa Islamskiego, Dabiq. Kredowy papier, nienaganny lojałt, wersje elektroniczne. Dabiq to w rzeczywistości wioska niedaleko…


Francuzi na Bliskim Wschodzie, czyli która armia jest najmniejsza?

czwartek 19/11/2015

Paru moich znajomych zainteresowało to, co mówiłem w radio po zamachach w Paryżu, więc rozwinę tu odrobinę ten temat, żeby było jasne. Francuzi walczą w…


Komunikat Państwa Islamskiego

sobota 14/11/2015

Oto tłumaczenie dzisiejszego oficjalnego komunikatu PI w sprawie paryskich zamachów. Dowiadujemy się ostatnio często (rosyjski samolot, zamachy w Ankarze i w Bejrucie), że PI do…


Al-Fatiha, czyli żegnaj Ojcze nasz?

sobota 03/10/2015

„To jak my teraz będziemy się modlić?” – zapytała ni to mnie, ni to siebie, starsza pani siedząca przy kasie w moim osiedlowym supermarkecie. Patrzyła…


Zabijanie w Biblii i Koranie

poniedziałek 23/03/2015

Przyprowadźcie tutaj moich wrogów, którzy nie chcieli, abym nad nimi panował, i pozabijajcie ich w mojej obecności. Jezus Chrystus (Łk 19, 27) We wszystkich pismach…


Oscar dla służącej

poniedziałek 23/02/2015

Rok 1940, wojna w Europie, niemiecki i amerykański rasizm w fazach triumfu. Ale tak jak Hitler - nieco wcześniej, w 1936 - dekorował medalem olimpijskim…


Dziesięciu Murzynków Al-Kaidy

środa 18/02/2015

Napad na kopenhaską imprezę z udziałem szwedzkiego artysty-rysownika Larsa Vilksa, który przedstawia Mahometa jako psa, znowu kieruje uwagę na problem niejednoznaczności dowcipu w ujęciu Al-Kaidy.…