Prowansja. Trzy zwykłe miasteczka


wtorek 19/03/2013
16

Rzadko umieszczam tu moje reportaże z wypraw rowerowych. Wspominałem wyjazd na Litwę, wypad na Ukrainę, choć na ten śnieg, który zaczyna mnie denerwować jak wszystkich, najlepiej przypomnieć sobie publiczne dojenie kóz na Gwadelupie. Mam jednak coś nowszego, do czego można uciec – zeszłoroczną wycieczkę na francuskie Południe, opisaną w pewnym miesięczniku poświęconym turystyce rowerowej…    

W błękitnym mieście

Chciałem napisać, że Marsylia niezbyt nadaje się na rower, ale właściwie wprost przeciwnie: wszyscy fani „Rowerowej bazy podjazdów” byliby zachwyceni. Gdyby zrobić przekrój podjazdu pod górującą nad miastem bazylikę Notre Dame de la Garde, składałby się wyłącznie z czerwonego lub jeszcze ostrzejszego koloru. Kościół stoi na szczycie wapiennej góry, kilkaset metrów od zatoki. To tak, jakby na widokowe piętro warszawskiego Pałacu Kultury wjechać spod Rotundy, po drugiej stronie Placu Defilad. Poszliśmy nieskończonymi schodami i skrótami, jak zawieszona nad przepaścią uliczka Montée Notre-Dame. W końcu znaleźliśmy się na krętej ulicy po której przed nami,  słaniającymi się na nogach, przejechał kolorowy, turystyczny pociąg na kołach, jakie spotyka się w bodaj wszystkich miejscach turystyki masowej. 

 

 Z góry roztacza się imponujący, słoneczno-błękitny  widok na morze, niedalekie wyspy i przede wszystkim miasto, którego śródmieście wokół Starego Portu leży jakby na dnie wielkiej misy. Przed bazyliką łopotała olbrzymia, błękitna flaga Marsylii. Zrobiłem zdjęcie nowożeńcom, którzy przyjechali tu z fotografem, by uwiecznić się na tle morza – panna młoda miała błękitną szarfę. Bazylika Opiekunki Marynarzy ma kolor sukni ślubnej z zielonymi refleksami. To architektura, którą znamy – bizantyjska, niemal cerkiewna, gdyby nie wieża. W środku olśniewająca, trzeba powiedzieć: złocone sklepienia błyskają w świetle z okien na samej górze, nieoczekiwany nastrój wschodniego chrześcijaństwa.          

Serce Marsylii, to jest ulice otaczające Vieux Port (Stary Port), nie nadają się na rower, bo wszystkie są w remoncie, nabrzeże jest niedostępne. Zbliżamy się do wody dopiero w cieśninie łączącej Stary Port z morzem. Prawie nikogo tu nie było, po drugiej stronie stoi kamienny Fort St. Jean (Fort Jana Chrzciciela), gdy nagle w wizjerze  mignęła mi przebiegająca postać, chłopak, który skakał z nabrzeża do wody. Było dobrze ponad trzydzieści stopni.

W wąskich, idących pod górę ulicach ciągle coś się dzieje. Oglądałem uliczny korek: taksówkarz niespodziewanie zatrzymał się pośrodku skrzyżowania skutecznie blokując ruch we wszystkie strony. Samochody się zatrzymują, zaczynają trąbić, niektórzy kierowcy wychodzą na ulicę, gestykulują, robi się mini zbiegowisko, a  taksówkarz otwiera drzwi pasażera i pomaga wysiąść wyraźnie choremu starcowi. Dyskusja milknie na chwilę, słychać tylko klaksony z tyłu , ale pojawia się policja w błyszczących kaskach i balet gestykulacji rozpoczyna się na nowo, obserwowany przelotnie przez  przedzierających się przez upał przechodniów, mewa nad wszystkim robiła kółko. Dostrzegłem mężczyznę, który pił kawę za szybą narożnego bistro i też obserwował scenę. Kiwał głową, wydymał wargi i podnosił brwi, jakby powtarzał wszystko wyjaśniający  francuski komentarz „C’est la vie!”. W Marsylii jest coś nieodparcie przyciągającego, jakby spotkały się tutaj wszystkie duchy Morza Śródziemnego. Jedno z najpiękniejszych miast, jakie widziałem. 

Zanim dorwaliśmy się w końcu do rowerów odwiedziliśmy Cassis, podmarsylski kurort, malowniczą osadę nadmorską, niegdyś port rybacki, który służy dziś głównie za punkt wypadowy do oglądania Calanques, co najlepiej zrobić z łodzi. Calanque to prowansalskie słowo, które oznacza dawne ujście rzeki, które zostało pochłonięte przez morze. Coś w rodzaju mini-fiordów wyrzeźbionych w skałach w fantastyczne formy – lubią tam chować się jachty. Mimo swego uroku, Cassis nie wpłynęło na nas najlepiej. Postanowiłem wykąpać się poza małą, zatłoczoną plażą, w miejscu, gdzie do morza należało przedzierać się przez olbrzymie kamienie. Woda była wspaniała, przezroczysta i przyjemnie chłodna, ale wielkie kamienie były też pod wodą i o mało nie złamałem nogi. Opuszczałem Cassis kulejąc, a Anna była zielona, gdyż owoce morza, których zapragnęła skosztować, wyszły jej nosem. Mimo tych strat, pojechaliśmy do Aix-en-Provence i stamtąd, autobusem za 1 euro, do oddalonego o 20 kilometrów miasteczka Saint Cannat, gdzie czekały na nas rowery. 

 Sekrety małych miasteczek

Saint Cannat, podobnie jak inne miasteczka w okolicy, nie jest miejscowością, nad którą przewodniki specjalnie się rozwodzą, to zwykła prowincja. Kiedy autobus wyrzuca nas pod lokalne bistro, nie mogę uwierzyć, że sto lat temu było tu morze ruin, po gwałtownym trzęsieniu ziemi. Wszystko wygląda jakby trwało tu od stuleci: ciasna zabudowa na wzgórzu, z typowym placem otoczonym platanami i kamiennymi fontannami. Przy stolikach pod drzewami kilku amatorów pastisu, pod drzwiami piekarni rozmawiają kobiety, gruby właściciel sklepiku przestawia skrzynki z warzywami, przed antykwariuszem stoi sześć jednakowych krzeseł wyglądających na nowe. Nikt się nie śpieszy.

Nie zamieszkaliśmy w tej części Saint Cannat, lecz nowszej, o zupełnie innym charakterze: po drugiej stronie doliny strumienia Budeou, na rozległym płaskowyżu  rozciąga się dzielnica domów, zazwyczaj w prostym stylu prowansalskim, otoczonych ogrodami, wśród drzew. Drogi są tu zawiłe i niełatwo znaleźć drogę. Do niektórych willi prowadzą rzeźbione kamienne bramy otoczone kępami lawendy, inne stoją bez żadnych ogrodzeń, ale bodaj wszystkie łączy posiadanie basenów. Dom naszych gospodarzy stoi już właściwie w lesie. Stare, niskie dęby, figowce, oliwki, kamienna studnia. Dom pod drzewami to błogosławieństwo w czasie upałów, nie trzeba żadnej klimatyzacji.

Po dojściu do siebie zauważamy niewątpliwą zaletę regionu: tam nie ma komarów, wieczorne siedzenie na zewnątrz jest niezakłóconą przyjemnością. Wspominam o tym, bo przypomniała mi się nasza opisana w Rowertourze wyprawa rowerowa do  wspaniałej i pełnej dębów Puszczy Białowieskiej – tam wszystkie wymyślone przez człowieka środki antykomarze po prostu wymiękają, kiedy chcemy zatrzymać się na 10 sekund. W Prowansji najbardziej znanym owadem jest cykada. Wieczorami korony drzew stają się potężnymi, rozgałęzionymi nadajnikami jednostajnego cykania-chrobotania. Pierwszej nocy kojarzyłem to z kumkaniem żab, które usypiało mnie podczas rajdu doliną Bugu, raczej miłe. Potem tego się już niemal nie słyszy, stanowi tło krajobrazu.

Pierwsze wycieczki rowerowe do miasteczka i okolic dobrze jest poświęcić zaopatrzeniu: co tydzień na miejskim placu odbywa się targ miejscowych produktów, kupiliśmy pyszny, wiejski chleb. Niedaleko jest winnica, gdzie litr miejscowego wina oferują za niecałe 2 euro. Niedużo drożej niż za butelkowaną wodę – czy można więc dziwić się tutejszym zwyczajom? Niewykluczone, że wprowadzili je Rzymianie, pierwsze rzymskie wille stanęły tu  pod koniec V w. Historyczne śledztwo mogliby właściwie prowadzić czytelnicy Kodu da Vinci. W jakiś tajemniczy sposób Saint Cannat wiąże się z wydarzeniami, które rozgrywały się w Palestynie w czasach Chrystusa i w epoce wypraw krzyżowych. Templariusze zbudowali tu jedną ze swoich pierwszych komandorii i tu zjeżdżali najznaczniejsi rycerze Zakonu Maltańskiego. W miejscowym zamku urodził się wielki francuski admirał Pierre André de Suffren, zresztą Wielki Mistrz Zakonu Kawalerów Maltańskich. W Marsylii jest jedyny na świecie, bardzo stary kościół Saint-Cannat… Ale czy to prawda, że była tu Maria Magdalena, która tak interesowała średniowiecznych rycerzy? Historycy nie są pewni przeszłości, o czym dumam wyciągnięty pod drzewem, patrząc na wiewiórki śmigające po konarach.

Przez prowansalski las

Następnego dnia postanawiamy jechać na południe, żeby zobaczyć las. Za winnicą i ostatnimi domami urywa się wąski asfalt, w dolinę rzeczki Touloubre zjeżdżamy po kamienistej ścieżce. Na dole zatrzymujemy się przy stadku osłów flegmatycznie pasących się na ogrodzonej polanie. Może to dziwnie zabrzmi, ale Francja może być  dumna ze swoich osłów: to jedyny kraj na świecie, gdzie jest ich aż dziewięć ras – spotkaliśmy się właśnie z rasowymi osłami prowansalskimi. Zaczęły ryczeć, więc przekroczyliśmy rzekę i podjęliśmy wspinaczkę na zalesione zbocze doliny. Podjazd był ostry, ale niedługi. Piękny widok na dolinę, ale prowansalski las jest niski, rzadki i latem prawie martwy od upału. Trudno wyjść poza ścieżkę, bo zamiast mchu wszędzie rosną kolczaste rośliny. Nie ma tu komarów, bo brak tu wody, wszystko jest suche jak pieprz i dlatego tak często przechodzą tędy pożary… Ostatni wielki ogień spustoszył te wzgórza, stare drzewa są rzadkością.

Jeszcze trochę na południe i docieramy do torów linii TVG. Jeździliśmy TGV, ale nigdy nie widzieliśmy tego potwora przejeżdżającego przed nosem z prędkością 300 km/h! Cóż, trwa co krótko, huk, świst, cisza. Z Paryża do Marsylii w trzy godziny, a dystans jak z Warszawy do Kijowa. Wracając skręcamy nad rzekę, wijącą się między pagórkami. Na małej polanie przy brzegu odkrywamy wzorzystą kanapę, najwyraźniej ktoś lubi tu wypoczywać.

Siesta w Rognes

Wycieczka do pozostałych dwóch zwykłych miasteczek prowadziła na północ, w kierunku widocznych na horyzoncie gór. Średniowieczne Lambesc przecina rue Grande (ul. Duża), z której dosłownie spadają inne uliczki, widać dachy w dole. Przy stoliku wystawionym na ulicę mężczyźni rozmawiają  z owym charakterystycznym południowym akcentem, skwar leje się z nieba i dobrze jest przepłukać gardło. Na szczycie łysego wzgórza za drogą odkrywamy piękną kamienną kaplicę (St. Michel) owiewaną przez wiatry od jakichś sześciuset lat. Wzgórze jest łyse, bo to cmentarz. Niektóre groby chylą się, jakby kamienie ulegały ciężarowi słońca.

Do Rognes jedziemy wśród winnic, odpoczywamy w cieniu drzew i gasimy pragnienie winogronami, próbując to tu to tam wszystkich kolorów – od jasno słomkowego po ciemnofioletowy. Na szczęście każdy cień daje natychmiastową ulgę, wiatr jest suchy, ale przyjemnie chłodzi. Za chwilę podjazd do miasteczka wyciska z nas pot. Rognes przykleiło się do okrągłej góry.  Prawdę mówiąc to nie wspaniały widok, ale właśnie ta góra zaparła nam dech w piersiach. Szybko jednak ulegliśmy czarowi miejsca. Rognes powinno znaleźć się w przewodnikach jako wzór południowego, francuskiego miasteczka. Jest plac, kamienna fontanna z wodą do picia i posterunek policji  w kwiatach, jakby nic naprawdę złego nie mogło tu się przydarzyć. Nad placem ozdoby z francuskich chorągiewek, pewnie po rocznicy wzięcia Bastylii. W takich miasteczkach przerwy obiadowe są dwa-trzy razy dłuższe niż w Paryżu, w godzinach upału wszystko jest zamknięte na głucho, tylko kilku klientów przy stolikach na rogu kontempluje platany.

Po posileniu się i objechaniu miasteczka wracamy do Saint Cannat, co za luksus, cały czas w dół. Mijamy winnice przerywane laskami i przecinamy wyschły o tej porze roku strumień Concernade. W połowie wysechł też gaj oliwny po drugiej stronie, smutny widok. Francuzi spożywają tylko 5% własnej oliwy, całą resztę sprowadzają z Hiszpanii i Włoch. Pozostałość ocalałej produkcji znajduje się właśnie w Prowansji i chyba nie najlepiej się ma. Droga jest falista, bardzo ładna, nasz cel widać z daleka, kiedy horyzont otwiera się tak szeroko.

tekst/zdjęcia: Jerzy Szygiel

Miesięcznik Rowertour 1/2013


Komentarze 16 Dodaj komentarz

 
  1. cialis by mail with prescription
    why has the price of cialis gone up
    natural eshop cialis danmark
    cialis product review

    cialis super plus australia non generic
    purchase cialis online no prescription
    cialis prescription coverage
    cialis tablete u bih
    https://stowe365.com

       Odpowiedz
    0
    0
  2. buy cialis without a doctor’s prescription
    mayavanrosendaal.com buy cialis without a doctor’s prescription buy cialis without a doctor’s prescription buy cialis without a doctor’s prescription

       Odpowiedz
    0
    0
  3. buy cialis without prescription
    buy cialis without a doctor’s prescription cialis without prescription cialis without prescription cialis without prescription

       Odpowiedz
    0
    0
  4. cialis without prescription
    mayavanrosendaal.com buy cialis without a doctor’s prescription mayavanrosendaal.com cialis without a doctor’s prescription

       Odpowiedz
    0
    0
  5. buy cialis cebucialis sicher bestellen cialis cheap
    cialis over nightbest place to buy generic cialis forum [url="http://kaivanrosendaal.com"]cialis cheap[/url]

       Odpowiedz
    0
    0
  6. microsoft office specialist excel expert certificationcheap on line generic cialis cialis cheap
    cialis potenzmittelbuy cialis online fast delivery [url="http://kaivanrosendaal.com"]cialis cheap[/url]

       Odpowiedz
    0
    0
  7. side effects of cialis and viagraviagra safety Viagra 100Mg
    substitute for viagra over counterbuy sale viagra[url=http://stemchat.com]buy Viagra 100Mg[/url]

       Odpowiedz
    0
    0

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.


+ 2 = siedem

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Moje najnowsze wpisy

 

Trump, Obama i widzenie członka

czwartek 10/11/2016
201

Trump wygrał. Nie mogę pozbyć się skojarzenia z pytaniem, zawartym w pracy Petera Fussa, wystawionej we Wrocławiu w 2008 r. Oto padła odpowiedź. To Trump…


Sekrety dżungli, czyli historia plastiku i NATO

niedziela 30/10/2016
2

Dlaczego siedzenia w autobusach pokryto grubym plastikiem, na czas podróży migrantów z likwidowanej „dżungli” w Calais? Zdjęcia pasażerów na tych plastikach wywołały pewną konsternację, nawet…


Dabiq nr 15. Pozdrowienia z Państwa Islamskiego

wtorek 02/08/2016
0

Jest nowy numer Dabiqa. Oficjalny periodyk Państwa Islamskiego (PI), z hasłem „Break the cross!” na okładce, bierze na celownik chrześcijan („krzyżowców”). Atakuje papieża Franciszka. Zdarzyło…


Państwo Islamskie – feminizm i pokój

poniedziałek 30/11/2015
1

Wyszedł właśnie 12, świąteczny można powiedzieć, numer oficjalnego organu prasowego Państwa Islamskiego, Dabiq. Kredowy papier, nienaganny lojałt, wersje elektroniczne. Dabiq to w rzeczywistości wioska niedaleko…


Francuzi na Bliskim Wschodzie, czyli która armia jest najmniejsza?

czwartek 19/11/2015
0

Paru moich znajomych zainteresowało to, co mówiłem w radio po zamachach w Paryżu, więc rozwinę tu odrobinę ten temat, żeby było jasne. Francuzi walczą w…


Komunikat Państwa Islamskiego

sobota 14/11/2015
2

Oto tłumaczenie dzisiejszego oficjalnego komunikatu PI w sprawie paryskich zamachów. Dowiadujemy się ostatnio często (rosyjski samolot, zamachy w Ankarze i w Bejrucie), że PI do…


Al-Fatiha, czyli żegnaj Ojcze nasz?

sobota 03/10/2015
0

„To jak my teraz będziemy się modlić?” – zapytała ni to mnie, ni to siebie, starsza pani siedząca przy kasie w moim osiedlowym supermarkecie. Patrzyła…


Zabijanie w Biblii i Koranie

poniedziałek 23/03/2015
17

Przyprowadźcie tutaj moich wrogów, którzy nie chcieli, abym nad nimi panował, i pozabijajcie ich w mojej obecności. Jezus Chrystus (Łk 19, 27) We wszystkich pismach…


Oscar dla służącej

poniedziałek 23/02/2015
0

Rok 1940, wojna w Europie, niemiecki i amerykański rasizm w fazach triumfu. Ale tak jak Hitler - nieco wcześniej, w 1936 - dekorował medalem olimpijskim…


Dziesięciu Murzynków Al-Kaidy

środa 18/02/2015
1

Napad na kopenhaską imprezę z udziałem szwedzkiego artysty-rysownika Larsa Vilksa, który przedstawia Mahometa jako psa, znowu kieruje uwagę na problem niejednoznaczności dowcipu w ujęciu Al-Kaidy.…