Grodno, zbiegu okoliczności ciąg dalszy


piątek 25/10/2019
0

Najdłuższe dni tego roku były w Grodnie prześliczne: słoneczne, bardzo (ale nie dolegliwie) ciepłe, no i dłuuuugie.

Ja jak zwykle mieszkam w samym sercu starego Grodna i flanuję odszukując (a bywa, że niespodziewanie odkrywając) interesujące (mnie przynajmniej) miejsca.

Jedynie na kościele pobernardyńskim nie ma już dumnego i napisanego po polsku świadectwa  o 400 latach konsekracji tej katolickiej świątyni.

No cóż – rocznica minęła z końcem grudnia, następna w miarę okrągła będzie za lat 50, co znaczy i to, że ja jej już nie doczekam.

Ale na wieczorną msze do tego ulubionego, grodzieńskiego kościoła poszedłem.

W kruchcie od razu zwróciłem uwagę na leżące w widocznym miejscu dwie, stare książeczki: modlitewniki? Katechizmy? Śpiewniki?

 

 

Zacząłem je oglądać: to były Ewangelie i Dzieje Apostolskie  (wydawnictwa jezuitów) oraz  Pieśni Kościelne.

 

 


Wydane przed wojną, rzecz jasna z Imprimatur, a przedmowa do Ewangelii ma wymowę aktualną i dziś. Rzekłbym – szczególnie dziś.

Obie książeczki nie tyle nosił ślady, co świadczyły o ich wieloletnim i częstym używaniu.

Czyje ręce przekładały ich kartki? Kto się modlił i o co? Kto nad nimi płakał?

Przecież one były świadkami  opuszczenia Grodna przez Wojsko Polskie we wrześniu 1939,

bohaterskiej i rozpaczliwej obrony miasta przed sowieckimi zagonami pancernymi przez uzbrojone w dwa działka przeciwlotnicze i butelki z benzyną pospolite ruszenie,

zdrady i dywersji miejscowych Żydów i Białorusinów,

zdobycia miasta i bestialstw sowieckich zwycięzców,

terroru NKWD, w tym czterech wywózek na Sybir lat 1940 1941,

zdobycia miasta przez Niemców i równie potwornego, germańskiego terroru lat 1941-1944,

ponownego zdobycia Grodna przez Sowietów,

ponownego terroru NKWD,

ponownej beznadziejnej walki, tym razem tamtejszych „żołnierzy wyklętych”,

wygnania zwanego repatriacją,

nieustannych od 1939 prześladowań katolików, czego puentą było już za Chruszczowa wysadzenie w powietrze gotyckiej, Witoldowej Fary,  po której został tylko zakłamany pomniczek,


prawie dwóch dekad „zwykłych”, breżniewowskich represji,

chwili gorbaczowskiej pierestrojki zakończonej wybuchem polskości, znów przygniecionej przez przefarbowaną na nacjonalistów białoruskich starą nomenklaturę.

Odłożyłem te dwie książeczki na miejsce i poszedłem na mszę.

Odprawiał proboszcz.

Policzyłem – 130 wiernych, w różnym wieku, niekoniecznie starych. Przy mnie w ławce siedziała para może 20 latków.

Znów, jak przed rokiem modlitwy i śpiewy po polsku.

I czas zatoczył koło – na tacę zbierał ten sam ksiądz, który rok temu zaczynał posługę tej parafii i który chrzcił malieńko Walierie.

***

Następnego dnia poszedłem sobie przed południem na piwo nad Niemen.

Dlaczego przed południem?
A bo zaraz po południu wracałem do pojałtańskiej Polski, więc chciałem jeszcze lidzkiego piwa się napić

Nabrzeże imienia Józefa Jodkowskiego.
Kto zacz? A, taki Białorusin, podobnie jak Orzeszkowa, Moniuszko, Mickiewicz, że o Napoleonie Ordzie, Konstantym Kalinowskim czy Duninie-Marcinkiewiczu nie wspomnę.

Oni wszyscy Białorusini, i już. Taka u nich polityka historyczna, a jak ktoś nie rozumie, to mu w Biełsacie wytłumaczą.

Restauracja ładna, boksy w solidnej, drewnianej wiacie czyściutkie, obsługa kelnerska, duże piwo za 4 ruble, czyli niecałe 7 złotych (gdzie indziej, z eleganckim ogródkiem na głównym deptaku, czyli na Dominikańskiej /Sowieckiej włącznie, jeszcze taniej), widok na Niemen i Stary Zamek, który z każdym moim przyjazdem robi się coraz nowszy, bo zapadła decyzja o (budzącej dąsy purystów) jego rekonstrukcji, a na Białorusi jak jest decyzja – to prace idą pełną parą.

 

I proszę mi tu nie wierzgać, bo pamiętam „odwilżową” gierkowską decyzję o odbudowie nieporównanie bardziej zniszczonego Zamku Królewskiego w Warszawie, który raptem po 50 latach tak wrósł w pejzaż Warszawy, jakby był tam bez przerwy.

Pewnie i tak będzie z zamkiem w Grodnie, i pewnie ta jego dość dowolna rekonstrukcja też jest „odwilżowa”.

***

Do knajpki nad Niemen schodzi się przyjemnie – wraca się już trudniej, bo dość stromą drogą.

Na szczęście wracałem po jednym tylko piwie.

 

 

Skorciło mnie, żeby wejść jeszcze raz do kościoła pobernardyńskiego i sprawdzić, czy dwie książeczki jeszcze tam są.

Były.

Wyszedłem ze świątyni i nagle zobaczyłem siedzące na ławeczce 3 starsze osoby – mężczyznę i dwie kobiety.

Po chwili poznałem proboszcza (był „w cywilu”).

I wtedy doznałem olśnienia (no proszę, Niemen + słońce + piwo = olśnienie).
Podszedłem do siedzącej na ławeczce trójki, i zacząłem od przeprosin – że jestem po piwie.

Na co proboszcz się uśmiechnął i skomentował to tak, że piwo pite z umiarem to nic złego.

No to ja, poczuwszy się rozgrzeszonym, mówię że byłem wczoraj na wieczornej mszy, że odprawiał ksiądz proboszcz, a na tacę zbierał ksiądz wikary, który 13 miesięcy wcześniej przybył do tej parafii i że zwróciłem uwagę na te dwie książeczki w kruchcie
I że zaciekawiło (i zastanowiło) mnie, skąd się tam wzięły?

Rozmowa od razu się „skleiła”, a porozmawialiśmy sobie jak Polak z Polakiem, ale zrelacjonuję tylko wątek książeczek, bo tak uważam za stosowne.

Otóż proboszcz wyjaśnił mi, że to się nierzadko zdarza, bo na przykład właściciel (albo  właścicielka) książeczki umarł i rodzina likwidowała mieszkanie albo jest wyznaniowo mieszana lub religijnie obojętna i do kościoła nie chodzi, ale przyzwoita i modlitewnika i śpiewnika nie wyrzuciła, tylko przyniosła.

Ja na to, że dziś jeszcze w kruchcie leżą.
Proboszcz, że z pewnością je ktoś weźmie, bo tak zawsze się dzieje.

Potem jeszcze zapytał, gdzie mieszkam, pokiwał głową, że dobra lokalizacja i podpowiedział, że siostry nazaretanki też mają u siebie pokoje, na co zapunktowałem, że wiem, gdzie to może być, bo naprzeciwko kościoła pobrygidzkiego (a wcale nie od razu wiadomo, że tam są siostry, ale ja mam oko reklamiarza i na szczegóły uwagę zwracam), ale wizyta u sióstr, która miała miejsce parę tygodni później, to kolejny temat na osobne opowiadanie.

Po pewnym czasie ksiądz proboszcz spojrzał na zegarek, na obie starsze panie i powiedział – no, czas na obiad.

Uścisnął mi rękę,  ja obie panie rzecz jasna w rękę pocałowałem i poszedłem po bagaż, a potem – jazda na dworzec kolejowy.

cdn


Komentarze Dodaj komentarz

 

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.


5 × = dwadzieścia pięć

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Moje najnowsze wpisy

 

Kto ma ministra w rodzinie – ten z głodu nie zginie!

niedziela 17/05/2020
0

Co, że w oryginale jest ksiądz, a nie minister? No i co z tego - minister to taka odmiana ministranta, to i też pasuje, tym…


Mamy pieredyszkę – i to jaką!

niedziela 10/05/2020
0

Wyszło na moje – pieredyszka trwa, i trwa mać!  (to nie ja, to Pawlak). I nie żadne, marne 7 czy 14 dni, a minimum miesiąc!…


Zarządzanie pieredyszką, czyli luzowanie wyborcze

wtorek 05/05/2020
0

Konsekwentnie od tygodni informuję szanownych Czytelników, że mam na tę hucpę, zwaną koronawirusem wywalone, i to wywalenie nie tylko nie ustępuje, ale z każdym kolejnym…


Posłowie PiSu piszą po prośbie do Ateusza Morawieckiego

sobota 18/04/2020
1

Na stare lata przyszło mi za trend settera robić: najpierw, po deklaracji  mania wywalone na koronawirusa, zostałem poparty przez Prezesa Kaczyńskiego i najpotężniejszego człowieka świata,…


Zamaskowanie, czyli humbug pod przykryciem

sobota 18/04/2020
0

Tak wrednie zmanipulowanych świąt Wielkiej Nocy, to nawet za komuny nie pamiętam, bo nikt mi nie wmówi, że wpuszczenie 150 ludzi do hipermarketu Auchan i…


5 minus, czyli dziś w kościele jest łapanka

piątek 10/04/2020
0

To są zdjęcia autobusu miejskiego w stolicy. A na nim – informacja, że do tego autobusu może wejść 19 osób, No taki limit, a limit…


Wyborcza, pocztowa majówka, czyli kiedy Prezes był na poczcie?

piątek 03/04/2020
1

Ja, odkąd najpotężniejszy człowiek świata, czyli prezydent USA Donald Trump zadeklarował, że podobnie jak Ewaryst Fedorowicz (kolejność prawidłowa), ma na koronawirusa wywalone, nie muszę się…


Zarządzanie strachem, czyli nie jestem sam!

poniedziałek 23/03/2020
2

17 marca opublikowałem tekst pt Zarządzanie strachem, czyli Włochów wina!, w którym poinformowałem, że na koronawirusa mam, cytuję - wywalone. Dlaczego mam – wyjaśniłem, po…


Zarządzanie strachem, czyli Włochów wina!

wtorek 17/03/2020
2

Z zainteresowaniem obserwuję zakwitającą mi na balkonie na różowo brzoskwinię. To miłe zajęcie. Na koronawirusa mam, jak to dzisiejsza młodzież określa, wywalone (eufemizm), bo wiem,…


Ober-zdrajca Bierut nie ma już na Powązkach grobowca!

niedziela 08/03/2020
1

3,5 roku temu (dokładnie 29 sierpnia 2016), na pisowskim do ostatniej kropki blogowisku, opublikowałem tekst pod śmierdzącym na kilometr ruską prowokacją i onucą tytułem „Pogrzeb…