Grodno, część pierwsza zbiegu okoliczności


czwartek 24/10/2019
0

 

Lipiec ubiegłego roku, mój drugi, po 6 tygodniach, bezwizowy wyjazd do Grodna.

Wstałem wcześnie, koledzy jeszcze się do wstania zbierali, wypiłem więc kawę i poszedłem „w miasto”.

Mieszkaliśmy w oficynie kamienicy położonej przy głównej ulicy Grodna, czyli Dominikańskiej (teraz Sowieckiej), w starym, ale wyremontowanym mieszkaniu z balkonem, skąd jest jakieś 3 minuty spacerkiem do katedry.

Ja jednak minąwszy katedrę poszedłem jeszcze 300 metrów dalej i wszedłem do kościoła pobernardyńskiego.
Zdecydował o tym widoczny z daleka napis „1618-1648 400-lecie konsekracji kościoła” :

 

 


Posowieckie Grodno, naprzeciw kościoła okupacyjny czołg, a tu – taki napis po polsku.

Wszedłem, spojrzałem na tablicę ogłoszeń parafialnych, na której wszystko było po polsku (co, jak mi wyjaśnili już wcześniej  miejscowi Polacy, coraz częściej jest wyjątkiem, bo składający się przecież z Polaków episkopat i wielu wykształconych w Polsce księży, na siłę białorusizują wiernych, którzy przez pokolenia zachowali i swoją wiarę katolicką i polskość, ale to temat na osobny tekst).

 

Do mszy było kilka minut, przeszedłem się po kościele, posłuchałem schodzących się do kościoła ludzi i zdecydowałem, że zostanę na mszy.

Na początku starszy ksiądz (jak się domyślałem proboszcz) poinformował, że wita w parafii nowego księdza, który tę mszę odprawi.

Ksiądz wikary z wyglądu wcale nie tuż po seminarium, z bródką, lekką łysiną,  zatem po zwyczajowym transferze z innej parafii, odprawiał mszę z tym ślicznym, kresowym (choć Grodno to nie żadne Kresy – to środek przedwojennej Polski) akcentem.

Wierni śpiewali bez ściągawek na ekranie, ja słuchałem tego śpiewania i choć głos mam po przodkach zacny, przeszkadzać nie chciałem, bo ja takiego pięknego akcentu nie mam.

Zwróciłem uwagę na grupkę szczegolnie odświętnie ubranych wiernych, którzy z maleńkim zawiniątkiem zasiedli najbliżej ołtarza.

„Będą chrzciny” pomyślałem i nie pomyliłem się.

Ksiądz ogłosił, że „będziemy do Kościoła przyjmowali malieńko Walierie”.

Mój Boże, pomyślałem – kto w dzisiejszej, pojałtańskiej Polsce, da dziewczynce na imię Waleria?

Dżessika, Dajana, Patriszia  – proszę bardzo, ale Waleria, zdrobniale Walercia albo Wala?

No nikt, a przynajmniej nikt nowoczesny i europejski w jednym, tym bardziej, że dziecko miałoby u rówieśników przechlapane.

Chrzest odbył się jak należy, Waleria troszkę pokwiliła, ale akurat tyle, ile trzeba, a ja wyszedłem z kościoła i…poszedłem na bazar, czyli dawny Rynek Skidelski po „sało”, ale Rynek Skidelski to też temat na osobne opowiadanie.

***
Wracałem z rynku „na azymut”, co nie jest takie trudne, bo w Grodnie wszystkie drogi prowadzą do katedry (nawet te o wstydliwej nazwie Karola Marksa, czy innego za przeproszeniem Kirowa, taki paradoks!)

I kiedy tak sobie flanowałem (guglować młodzi, guglować!) nagle znalazłem się przed ewidentnie wyróżniającym się z otoczenia budynkiem.

Budynek, jak to w Grodnie, odnowiony a w części chyba nowy, na froncie biało-czerwone elementy i napis „Polska Macierz Szkolna” i informacja o kolejnej grodzieńskiej rocznicy: 100 leciu tej instytucji!

 

 

A to zaskoczenie – bo nową, wybudowaną przez Koronę polską szkołę „na Dziewiatówce” , nasz konsulat,  mieszczącą się obok, w postindustrialnym dziwadle siedzibę nieuznawanego Związku Polaków na Białorusi i działającej przy nim szkoły  społecznej im. Batorego, kościoły, cmentarze, miejsca walk i późniejszych straceń obrońców Grodna w 1939, sobie jeszcze wiosną sprawdziłem, ale Polska Macierz Szkolna mi umknęła.

***
Stoję przed drzwiami, i nagle ktoś je uchyla, witając po polsku (najwyraźniej mój wygląd turysty z Korony nie budził wątpliwości).

Ja się przedstawiam, mówię, że wracam z Rynku Skidelskiego i że nagle natrafiłem na polskie symbole i stąd moje zainteresowanie,

Starszy pan (no, jak się później okazało tylko troszkę ode mnie starszy) otwiera drzwi szeroko i zaprasza mnie do środka.

Jestem w czymś w rodzaju polskiej szkoły, o czym informują napisy, zdjęcia, fotografie widoczne na ścianach.

Zaczynamy rozmowę  – o wszystkim.

Ja o moich Dziadkach i Babciach i Ojcu z Podola i Wołynia, on o swojej rodzinie, częściowo już w pojałtańskiej Polsce, obaj o Grodnie i Grodzieńszczyźnie, o życiu tutaj i u nas, no jak to w takich razach bywa.

Pytam, czy mogę zrobić zdjęcia.

U starszego pana widzę coś, jakby leciutkie wahanie, więc zmieniam szybko temat,  bo nie chcę uchodzić z natręta i stawiać go w niezręcznej sytuacji. W końcu nie wie, kim jestem, może jakimś dziennikarzyną, a po takich to nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać.

Mówi, że tu lekcje kończą się nawet po 20, że ludzie przyjeżdżają z odległych od Grodna o wiele kilometrów miejscowości, że jest wielkie zainteresowanie nauką polskiego.

Mój przewodnik  pokazuje mi kolejne sale, ja się zbieram do wyjścia, ale w tym momencie do budynku wchodzi starsza, ciemnowłosa pani.

Okazuje się, że to jego żona.
No to ja się przedstawiam, całuję, tak jak mnie rodzice uczyli, a Wysokie Obcasy nie oduczą, w rękę, no i mówię skąd się wziąłem, że byłem na mszy w pobernardyńskim, że potem na Rynek, że po sało i że tu przypadkiem.

Pani patrzy na mnie uważnie, i nieco gorszą niż mąż polszczyzną mówi, że… ona też była na tej samej mszy.

No to ja, że ten nowy ksiądz, że z bródką, że chrzest maleńkiej Walerii …

Pani się uśmiecha, kiwa głową, że dokładnie tak i wtedy Gospodarz bierze mnie pod rękę i mówi: może pan fotografować, co chce.

No to obfotografowałem.


 

 

Gdy już się żegnamy, jakaś 40 latka, trochę onieśmielona, pyta po rosyjsku wtrącając pojedyncze polskie słowa, czy może się zapisać na lekcje polskiego.

Cdn.


Komentarze Dodaj komentarz

 

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.


× 8 = siedemdziesiąt dwa

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Moje najnowsze wpisy

 

Kto ma ministra w rodzinie – ten z głodu nie zginie!

niedziela 17/05/2020
0

Co, że w oryginale jest ksiądz, a nie minister? No i co z tego - minister to taka odmiana ministranta, to i też pasuje, tym…


Mamy pieredyszkę – i to jaką!

niedziela 10/05/2020
0

Wyszło na moje – pieredyszka trwa, i trwa mać!  (to nie ja, to Pawlak). I nie żadne, marne 7 czy 14 dni, a minimum miesiąc!…


Zarządzanie pieredyszką, czyli luzowanie wyborcze

wtorek 05/05/2020
0

Konsekwentnie od tygodni informuję szanownych Czytelników, że mam na tę hucpę, zwaną koronawirusem wywalone, i to wywalenie nie tylko nie ustępuje, ale z każdym kolejnym…


Posłowie PiSu piszą po prośbie do Ateusza Morawieckiego

sobota 18/04/2020
1

Na stare lata przyszło mi za trend settera robić: najpierw, po deklaracji  mania wywalone na koronawirusa, zostałem poparty przez Prezesa Kaczyńskiego i najpotężniejszego człowieka świata,…


Zamaskowanie, czyli humbug pod przykryciem

sobota 18/04/2020
1

Tak wrednie zmanipulowanych świąt Wielkiej Nocy, to nawet za komuny nie pamiętam, bo nikt mi nie wmówi, że wpuszczenie 150 ludzi do hipermarketu Auchan i…


5 minus, czyli dziś w kościele jest łapanka

piątek 10/04/2020
0

To są zdjęcia autobusu miejskiego w stolicy. A na nim – informacja, że do tego autobusu może wejść 19 osób, No taki limit, a limit…


Wyborcza, pocztowa majówka, czyli kiedy Prezes był na poczcie?

piątek 03/04/2020
0

Ja, odkąd najpotężniejszy człowiek świata, czyli prezydent USA Donald Trump zadeklarował, że podobnie jak Ewaryst Fedorowicz (kolejność prawidłowa), ma na koronawirusa wywalone, nie muszę się…


Zarządzanie strachem, czyli nie jestem sam!

poniedziałek 23/03/2020
1

17 marca opublikowałem tekst pt Zarządzanie strachem, czyli Włochów wina!, w którym poinformowałem, że na koronawirusa mam, cytuję - wywalone. Dlaczego mam – wyjaśniłem, po…


Zarządzanie strachem, czyli Włochów wina!

wtorek 17/03/2020
1

Z zainteresowaniem obserwuję zakwitającą mi na balkonie na różowo brzoskwinię. To miłe zajęcie. Na koronawirusa mam, jak to dzisiejsza młodzież określa, wywalone (eufemizm), bo wiem,…


Ober-zdrajca Bierut nie ma już na Powązkach grobowca!

niedziela 08/03/2020
0

3,5 roku temu (dokładnie 29 sierpnia 2016), na pisowskim do ostatniej kropki blogowisku, opublikowałem tekst pod śmierdzącym na kilometr ruską prowokacją i onucą tytułem „Pogrzeb…