Muzyka to tajemnica… – mówi polski zdobywca Grammy.


poniedziałek 27/01/2014

Płyta „Night In Calisia”, to kolejna płyta Włodka Pawlika. Nie zaczęło się jednak od płyty a od koncertu na 1850-lecie miasta Kalisza, z orkiestrą Filharmonii Kaliskiej pod dyrekcją maestro Adama Klocka. Jako gość specjalny podczas koncertu w kompozycjach Włodka Pawlika, genialnego kompozytora muzyki współczesnej, jazzowej i filmowej z umiejętnościami łączenia ich wszystkich co sprawia, że jego utwory są wyjątkowe – tę wyjątkowość podkreślił trębacz światowego formatu Randy Brecker. Dziś wszystkich kompozycji skomponowanych na to wydarzenie, możemy posłuchać na płycie pt. „Night In Calisia”.

Rozmowa z Włodkiem Pawlikiem, prawie sprzed roku. Rozmawia Ewa Derlatka.

W 2010 roku odbył się koncert, w 2011 prace w studiu nad nagraniem płyty, pod koniec 2012 ukazała się płyta, którą można nabyć w sklepach.
Wszystko prawda. Praca rozciągnięta w czasie. To była skomplikowana i długotrwała sesja, włącznie z montażem, miksem, masteringiem – trwało to wszystko ponad pół roku. Nagrania dzielone były ze względu na nasz czas i nasze możliwości – tzn. moje i Randy’ego Breckera. W zasadzie materiał do wydania gotowy był już pod koniec 2011 roku, ale jak to często bywa, coś się przesuwa i płyta wyszła dopiero w 2012.

Płyta „Night In Calisia” ma bardzo dobre recenzje. Właściwie, dziś rzadko się zdarza, aby w taki sposób dziennikarze muzyczni pisali o płycie, ba – o muzyce.
To bardzo miłe co pani mówi i co piszą recenzenci. Muzykę powinno tworzyć się tak aby wywoływała emocje. Muzykę tworzy się dla ludzi. Nie ukrywam, że gdyby nie  pozytywny oddźwięk mojej twórczości wśród słuchaczy, być może zmienił bym zawód… Każdy artysta pragnie uznania. Ciężko byłoby tworzyć tylko dla siebie i samego siebie chwalić. Dlatego dane dzieło dopieszczam  w szczegółach aby jak najpełniej i w jak najlepszej formie przedstawić je publiczności. Na płycie „Night In Calisia” wykorzystuję potencjał orkiestry, choć nie są to mahlerowskie brzmienia. Szukałem innej przestrzeni estetycznej, bliższej jazzowej stylistyce.

Dlaczego padł wybór na tego a nie innego trębacza – Randy’ego Breckera? Czy to jest tak, że powraca się do tego co miłe i dobre i znów nagrywa się razem?
Z pewnością tak. Pierwszą płytę nagraliśmy wspólnie już  w 1995 roku – „Turtles”. Kilka lat temu ukazała się CD „Tykocin Jazz Suite”, którą wydano w U.S.A. pod innym tytułem „Nostalgic Journey”. Oba wydawnictwa zyskały znakomite recenzje za Oceanem. Znamy się bardzo długo, gramy razem dużo koncertów  i naturalną rzeczą jest , że jeżeli współpraca układa się dobrze, to się do niej powraca i to z utęsknieniem. Randy to dla mnie wymarzony, niezwykle kreatywny jazzowy trębacz.

Jak na siebie wpadliście?
Na przełomie lat 80. i 90. studiowałem i mieszkałem poza Polską. Wówczas nie myślałem, że kiedykolwiek do Polski wrócę, ale życie potoczyło się inaczej. Dużo przebywałem wówczas w Niemczech i tam na koncertach poznałem Randy Breckera. Można tam było spotkać wielu fantastycznych muzyków światowego formatu co było niemożliwe w Polsce w tamtych latach.

Teraz jest łatwiej nawiązać współpracę z kimś z daleka?
Łatwiej chociażby z tego powodu, że zostały zniesione granice. Ale wcale nie musi być łatwo z innych powodów, np. wynikających z  ograniczeń finansowych. To zależy od wielu czynników.

Ktoś napisał o Panu: „Włodek Pawlik umie wyczarować swoimi kompozycjami różnorodne klimaty. Rozpoczyna od wielkomiejsko brzmiącej wizji miasta (…)”. Czuje się Pan czarodziejem melodii?
Mam odpowiedzieć tak?…

Tak. Jest Pan za skromny… Wszystko przez muzykę…
Jeśli mówimy o sztuce, o muzyce, mówimy o sprawach bardzo intymnych.  O muzyce nie można powiedzieć obiektywnie jak o stole czy o pogodzie.  Zostawmy więc pewien margines osobistych odczuć. Jednak staram się w swoich dźwiękach oddać to, co we mnie najlepsze…  Muzyka jest także środkiem i językiem komunikacji z drugim człowiekiem. Tej wysublimowanej, specyficznej, jedynej w swoim rodzaju. Abstrakcyjnej. To artysta wysyła pierwszy sygnał i oczekuje odpowiedzi. Potem się dziwimy, że ludzie reagują w taki czy inny sposób, najczęściej spontanicznie i pozytywnie… I to jest cudowne.

To czym jest dla Pana muzyka?
Hm… Dobre pytanie. Czymś więcej niż wydawało mi się, że jest jeszcze w czasie, kiedy rozpoczynałem przygodę z muzyką.

A jak się Panu wydawało wtedy?
Wydawało mi się, że to jest czysta przyjemność, pasja, młodzieńcza ekstaza. A im dłużej obcuję z muzyką dostrzegam, że jest to pewien rodzaj jakiejś tajemnicy, którą można rozpatrywać nawet w kategoriach filozoficznych. Którą można odebrać jako antidotum na codzienny, byle jaki świat. To nie jest religia, ale jest dopełnieniem pewnego metafizycznego kontekstu.

Co jest bodźcem, który sprawia, że Pan komponuje?
Najlepiej, kiedy dzieje się to tak, jak w przypadku ostatniej płyty – wcześniej koncertu, kiedy dzieje się to na zamówienie i na czas. To jednak jest konkret i paradoksalnie zdrowa sytuacja, ponieważ nie można sobie wmówić tego, że się cierpi twórczo, czyli na przykład czeka się zbyt długo na wenę… To musi się przełożyć na konkretne dzieło w danym momencie.

A gdyby nie było zamówień?
Ale one się skądś biorą….

No właśnie. To jak było na początku z tą kreatywnością.
Ona się brała zawsze z potrzeby tworzenia. Już w dzieciństwie komponowałem jakieś utwory na fortepian… I tak mi zostało do dzisiaj. Najważniejszą rzeczą w procesie twórczym jest imperatyw komponowania muzyki, po prostu. To jest taki nałóg… To musi wyjść z wnętrza, że to jest najważniejsze  by realizować się w muzycznym świecie…  To nie jest trzeciorzędne hobby tylko coś, co jest wartością samą w sobie.

Muzyka jest ponad wszystko czy ważniejsza jest rodzina?
Hm… Myślę, że to wszystko można sobie poukładać, aczkolwiek zależy w jakiej rodzinie. A, że moja małżonka również jest muzykiem, pianistką, to nawzajem się rozumiemy.

Jest pierwszym sędzią Pana utworów?
Często tak. Bywa sama inspiratorką moich działań, przekonując mnie do wielu artystycznych przedsięwzięć. Jej gust i opinie mają dla mnie duże znaczenie. Czasami potrzebne jest spojrzenie z zewnątrz. To kwestia innego wrażenia. Osobiście jestem dla siebie bardzo wymagający. Wszystko przez siebie filtruję, czasem aż za bardzo… To różnie może przekładać się na efekt końcowy utworu, choć to co powiem teraz zakrawa na absurd, jednak kiedy słucham jakiegoś utworu po kilku latach – dziwię się, że właśnie niczego bym nie zmienił a przypominam sobie tę udrękę jaką przeżywałem siedząc nad trzema nutami w rozdarciu i niezdecydowaniu czy mają one brzmieć tak czy inaczej… Z perspektywy czasu i słuchacza mniej nastawionego na detal, te nuty mkną tak, że nawet nie dostrzegam tego, że kiedyś mógł tam być jakiś problem. To są irracjonalne, artystyczne napięcia, które można zrozumieć tylko wtedy, kiedy się tworzy.

Ale to przekonanie po latach, że niczego w utworze by Pan nie zmienił dowodzi, że jest to dobra kompozycja.
Tak. Wydaje mi się, że jest to też odpowiedź na to, że warto było włożyć tyle wysiłku.

Ma Pan tremę przed koncertem? Bo jest Pan kompozytorem ale i wykonawcą.
Czy mam tremę? – Trudno powiedzieć. Nie mam kalki swoich zachowań przed występem. Czasami jest to podejście bardzo relaksacyjne wręcz i bezstresowe a czasami jest to zmaganie jak z próbą pokonania najwyższego szczytu, choć paradoksalnie nie zawsze to słychać i słuchacze tego nie wiedzą. Nikogo to nie obchodzi czy artysta ma tremę czy nie. Nie zawsze też musi to wpływać na jakość wykonania. Ważne jest, aby mieć umiejętność wyjścia na scenę maksymalnie skoncentrowanym,  pozostawić problemy jakie pojawiły się w ciągu dnia w garderobie…

A czy do wykonania swojego utworu jakoś specjalnie się Pan przygotowuje? Bo wydaje się, że skoro Pan to skomponował, to Pan doskonale wie jak ma to brzmieć i tak właśnie będzie. Czy też przegląda Pan tę partyturę wiele razy? I a propos partytury, jak Pan zapisuje swoje utwory; czy ma je Pan w głowie, czy pisze nuty, czy nagrywa?
Jedno, drugie i trzecie. W przypadku „Night In Calisia” to są setki zapisanych stron, właściwie nie różnią się objętością od symfonii Beethovena – to jest ponad godzina muzyki. Zdarzają się momenty improwizacji, ale właściwie nie ma fragmentu, który byłby poza kontrolą kompozytorską, poza tym co ja wpisałem w tę partyturę. Natomiast jeżeli chodzi o wykonywanie przeze mnie na fortepianie  tego co skomponowałem, to jest to kolejny paradoks – chyba pani pierwsza o to pyta – że zazwyczaj piszę dla siebie dość skomplikowane struktury pianistyczne, które potem muszę ćwiczyć jak najtrudniejsze etiudy Chopina, przeklinając sam siebie…  To chyba rodzaj diabelskiego napięcia między twórcą a wykonawcą w jednej osobie.


Moje najnowsze wpisy

 

Witam i zapraszam...

czwartek 04/05/2017

Witam po dłuższej przerwie i zapraszam na mój nowy blog, poświęcony sprawom związanym z Sewerynem Krajewskim i jego twórczością oraz z moją książką. https://ewaderlatka.blogspot.com/ Jak…


Książka o Sewerynie Krajewskim i jego muzyce

poniedziałek 07/07/2014

http://ksiazkajestkobieta.pl/ksiazka-sewerynie-krajewskim-tworczosci/


NOWA KSIĄŻKA NOWI MY...

poniedziałek 09/06/2014

http://polakpotrafi.pl/api/wklejka/box2/seweryn-krajewski-i-jego-muzyka  


O papieżu, który pozostał człowiekiem... - Aktor nie lubi się powtarzać...

sobota 26/04/2014

[rozmowa z Piotrem Adamczykiem z 2006 r. zamieszczona w książce "21 Spotkań"] Piotr Adamczyk  Należy do grona najzdolniejszych aktorów młodego pokolenia, pokolenia Jana Pawła II.…


Och, Jerzy!

niedziela 13/04/2014

W przechowalni pierzyn Całą młodość przeżył Pewien nieszczególnie lotny Jerzy Gdy na świat wychynął Tak namolny, świeży - śpiewał jemu chór młodzieży. No i nie…


Szukam muzyki w sercu i taki mam cel na całe życie…

niedziela 06/04/2014

Z 18-letnim akordeonistą z Radomia, Bartoszem Kołsutem, zwycięzcą konkursu Młody Muzyk Roku 2014, który marzy m.in. o występie w Carnegie Hall, rozmawia Ewa Derlatka. Jak…


Folk jest piękny i prawdziwy - o początkach zespołu Frument Project

środa 02/04/2014

Z Patrykiem Walczakiem, liderem zespołu Frument Project rozmawia Ewa Derlatka Rozmowa z 2012 r. Teraz radomski zespół wziął udział w programie Must Be The Music…


"Co się dzieje, oszaleję... "

czwartek 06/03/2014

O jej! Osoba z show biznesu, managerka Sylwia Smoczyńska wyznała dziś swoją wiarę, mówiąc: „Kościół jest super miejscem. Przyjmuje i przytula. Ale najważniejsze jest tam…


Wyuzdana gra Sadowskiej...

niedziela 02/03/2014

Lubię jak ktoś uwodzi, flirtuje, romansuje, ale w inteligentny sposób, z odpowiednim wyczuciem sytuacji, delikatnym żartem, właściwym humorem ale nie tak jak robią to niektóre…


Jeden Krawczyk kilka życiorysów

sobota 01/03/2014

Obejrzałam rozmowę Krzysztofa Ziemca z Krzysztofem Krawczykiem z cyklu Niepokonani (dostępna na Onet.pl). Polecam. Krawczyk mówi m.in. o tabletkach na zapomnienie i o tym co…