Rajdy piesze – i nieodpowiedzialność organizatorów…


sobota 03/05/2014

Kilka razy w roku uczestniczę w rajdach pieszych na dystansach 30-60 km, na ogół w terenach górskich; często na trasach, których nie znam. Uczestnictwo w imprezie teoretycznie gwarantuje mi, że na trasie o tej samej porze są inni uczestnicy (przynajmniej w zasięgu wzroku), jakieś punkty kontrolne, ktoś zapewnia oznakowaną trasę i mam okazję dotrzeć tam, gdzie pewnie bym się nie wypuściła na tak dużym dystansie na odludziu, zupełnie nie znając trasy.

Imprezy rajdowe

mnożą się jak grzyby po deszczu. Te na czas, marszowo-biegowe, jak i bez rywalizacji, zakładające jedynie pokonanie trasy. Często ich organizatorami są kluby lokalnych turystów – zatem osoby, które znają każdą okoliczną ścieżkę, leśny skrót, które w razie burzy trasą dla grzybiarzy skrócą dystans, by bezpiecznie zjawić się w barze na mecie. Niestety wciąż nierzadko takie rajdy czy trekkingi nie mają wiele wspólnego z turystyką organizowaną. Brakuje programu, regulaminu (a takowy powinien być obowiązkowo i każdy z uczestników powinien podpisać zapoznanie się z jego treścią), na starcie uczestnicy wpisują się sami na listę, jednak organizator nie spisuje ich danych z dokumentów, nie bierze namiarów telefonicznych etc.

Efekt – każdy zbłąkany turysta, który nie dotrze na metę w wyznaczonym czasie, zostaje pozostawiony sam sobie i własnemu szczęściu, orientacji przestrzennej i łasce pogody, która niejednokrotnie potrafi zaskoczyć (szczególnie niebezpiecznie robi się wiosną i jesienią, gdy w gęstym lesie szybko zapada zmrok i drastycznie spada temperatura). Do tego często dochodzą takie atrakcje jak głębokie błoto czy mokradła, wymuszające zmianę trasy, kontakt z leśnymi zwierzętami (oby to nie były Bieszczady czy Tatry i nie był to niedźwiedź) czy wycinki leśne i sterty drewna, blokujące szlak. Na szczęście dziś już nie ma problemu, który jeszcze kilkanaście lat temu mroził krew w żyłach – czyli wnyków metalowych, w które nieopatrznie można było wdepnąć, zatrzaskując i raniąc poważnie nogę, gdy zboczyło się z głównej trasy. Co nie znaczy, że możemy czuć się w pełni bezpiecznie…

Nic za nic

Zabawa w zbieranie pieczątek na punktach kontrolnych może być frajdą, gorzej, gdy osoby na owych punktach (często umiejscowionych np. na szczycie góry, końcu stromej kamienistej trasy) nie są zaopatrzone w żadne środki opatrunkowe, nie ma nawet wody dla najbardziej odwodnionych (także w upalne lato), a punkty kontrolne to często „pan wędrująca pieczątka” (np. na małych rajdach czeskich), który znika po przejściu grupy ludzi i nie czeka na tych, którzy mogą przyjść za 10-30 min. Niepojawienie się uczestników na kolejnym punkcie kontrolnym nie budzi zainteresowania organizatorów. Żadnego.

Na domiar złego rozdawane na starcie mapki są drukowane w takiej jakości i takiej skali, że co najwyżej sugerują kierunek. Przy braku dobrego oznakowania trasy (w Polsce oznakowania nie są odnawiane np. po ścince drzew, na korze których widniały czy na kamieniach, które porosły całkiem mchem, zakrywającym skutecznie kolor szlaku), braku oznakowań rozwidleń (marsz każdą z 3-4 tras kwadrans przed siebie nie daje odpowiedzi, gdzie jesteśmy, bo jakichkolwiek znaków i tabliczek brak) szanse na zgubienie się w nieznanym gęstym lesie, rezerwacie czy innym odludziu są ogromne. I rodzą niemały stres, nie tylko związany ze stratą czasu i poczuciem coraz większego oddalenia od innych uczestników rajdu. Problem nasila się, gdy uczestników jest niewielu i startują na kilku różnych dystansach, mając do zaliczenia inne pętle, na domiar złego jedni idą od punktu E do A, inni – odwrotnie. Więc nawet ktoś dostrzeżony w oddali w lesie nie jest dobrym punktem odniesienia.

Mapka zaś obejmuje tak mały teren, że nie znajdziemy na niej miejscowości po drugiej stronie przemierzanej góry, zatem bez gps w komórce (a ten często nie działa w takim terenie) czy pomocy miejscowych (nie zawsze zejdzie się do wsi czy miasteczka) nie sposób podjąć decyzję, w którym kierunku udać się dalej, gdy zejdziemy niewłaściwym zboczem. A czas leci, frustracja rośnie…

Gorzej, gdy taki trekking jest organizowany jako promocja szlaku, powstałego z dotacji unijnej czy funduszu euroregionu (przygranicznego), a zdjęcia z jego przeprowadzenia (na ogół startu i ogniska na mecie) mają dokumentować organizację promocyjnego eventu. Zdjęcia zrobione, pogoda dopisała, można świętować sukces. O zgrozo…

Reguła „nic za nic” ma oznaczać, że skoro nic się nie płaci organizatorowi to nie można od niego niczego wymagać. Otóż to tak nie działa i działać nie może. Nawet, gdy impreza nie ma charakteru eventu masowego (min. 1000 uczestników) organizator bierze odpowiedzialność za wszystkich uczestników, ich bezpieczne dotarcie do mety, musi wiedzieć, co zrobić, gdy po limicie czasu kilku osób z listy brak, jak zadziałać w razie wypadku na trasie (skręcić czy złamać nogę można w każdych warunkach), móc się niezwłocznie skontaktować telefonicznie. Nie może być mowy o rozejściu się organizatorów do domów, gdy uczestnicy są w lesie czy górach, a tak się dzieje niejednokrotnie nawet, gdy impreza jest międzynarodowa i wiadomo, że uczestnicy mogą mieć trudności komunikacyjne, nie rozumieć opisów na tablicach przydrożnych itd.

Jak się kończą takie rajdy? Raz uczestnik odnajduje się sam po drugiej stronie gór na lokalnym komisariacie – następnego dnia (sic! zmuszony do noclegu w lesie czy na jego skraju), innym razem turyści nadrabiają po 15-20 km i są zmuszeni wracać np. środkiem drogi szybkiego ruchu, nie podejmując ryzyka powrotu na szlak po zmierzchu. Być może sami z czasem wspominają z wypiekami emocje z udziału w takim rajdzie i obrasta on zabawnymi anegdotami, natomiast organizatorom nigdy nie powinno być do śmiechu, bo w konfrontacji z policją nie mają żadnych argumentów na swoją obronę.

Turystom pozostaje zatem -

* albo brać udział jedynie w imprezach dobrze zorganizowanych, z długimi tradycjami (te na ogół są jednak płatne i oferują poczęstunek na trasie oraz apteczki w punktach kontrolnych, a nawet zaplecze medyczne)

* albo najlepiej jak się da przygotowywać do udziału w takich rajdach (analizując mapy w dużym powiększeniu, zaznajamiając się z topografią całej okolicy, a nie tylko trasy) lub wybierać takie dystanse, na których startuje większa grupa osób, na dodatek znających dobrze trasę – i potraktować rajd poznawczo, stricte turystycznie, a nie jako zawody na czas. To tak często bywa zgubne i nie raz najlepsi kondycyjnie, startując w pojedynkę, byli na mecie ostatni.

Urągające warunki bezpieczeństwa, które nie zostają zachowane to ogromna zuchwałość organizatorów, która niejednokrotnie powinna być wręcz karana.

ps. w ostateczności można dać uczestnikom do podpisania oświadczenia, że w razie zgubienia czy innych problemów ponoszą odpowiedzialność (rajdy darmowe, niemal towarzyskie), gorzej, gdy nie pomyślano nawet o nich, a ich koszt jest żaden


Moje najnowsze wpisy

 

Każdy sobie rzepkę... - wciąż wybieramy rywalizację niż współpracę

wtorek 14/04/2015

Gdyby J. Kaczyński wynalazł koło, Platforma chodziłaby na piechotę, a Jarosław pisałby gęsim piórem, gdyby Tusk wynalazł długopis - trafnie polską zapiekłość opisuje Wojciech Zimiński…


Silna marka eventów sportowo-rekreacyjnych jest szansą na promocję regionu

sobota 04/05/2013

Jeśli traktujemy rekreację ruchowa jako pasję, mamy zmysł organizatora, umiemy sięgnąć do różnych budżetów (mniej i bardziej lokalnych, przypisanych nawet do odmiennych departamentów w urzędach)…


Po szale dotacji - kto wyciąga wnioski?

sobota 19/01/2013

Temat dotacji unijnych i ich efektów w branżach takich jak rolnictwo był już dawno wałkowany przez wszelkie możliwe media. Przemilczano chyba jednak wiele innych aspektów…


15 mln kierowców vis 15 mln alergików

poniedziałek 26/11/2012

czyli dlaczego jeden rynek prężnie się rozwija, a drugi ostro pikuje w dół? Traf chciał, że trzeci rok z rzędu prowadzę projekty dla branży health…


Czy da się skomercjalizować 11.11?

czwartek 08/11/2012

Dzień Niepodległości nie musi być utożsamiany z ponurymi marszami, podsycaniem nacjonalizmów i najgorszych emocji różnych grup społecznych. Ani wąsami Marszałka, epatowaniem historią jak najbardziej na…


Światowy dzień.... reklamy?

wtorek 23/10/2012

Poza ogłaszanymi przez WHO dniami walki z otyłością, cukrzycą, profilaktyki astmy itp., Dnia Niepełnosprawnych mamy wiele zaskakujących wypełniaczy kalendarium, które - ku mojemu zaskoczeniu -…


Wizerunek w-fisty - dlaczego warto nad nim pracować

piątek 19/10/2012

Do podzielenia się dziś na dobranoc refleksją o polskich w-f-istach skłoniła mnie dyskusja setek internautów pod dzisiejszym artykułem w Wyborczej "Dziewczyny nie cierpią w-f" (http://wyborcza.pl/1,75248,12698659,_Chcialabym_miec_ciagle_okres___Dziewczyny_nie_cierpia.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza),…


Marketingowe dobranocki....

środa 17/10/2012

Obserwuję kilka ciekawych marketingowych blogów, prowadzonych przez osoby, będące fachowcami w tym, o czym piszą... szczególnie cenię tych, którzy umieją szerzej spojrzeć na nasz polski…