Media i władza


środa 28/02/2007

Zawsze, jeśli myślę o relacjach mediów z władzą to uświadamiam sobie,  że powstały dzięki władzy, która miała świadomość istotnej roli informacji w rządzeniu państwem. Najstarsze gazety – chińskie „ti-pao” przygotowywane były pod kierunkiem uczonych i służyły do informowania rzeszy urzędników prowincjonalnych w Cesarstwie Chin. Powstały w czasach dynastii cesarza Liu-Banga (około 200 r. p. n. e. ), założyciela dynastii  Han.   Podczas pobytu w Chinach miałem w ręku kopię takiej „gazety”; zawierała informacje z życia dworu, dekrety, informowała o nominacjach cesarskich.

Gazeta Imperium Romanum  – „Acta Diurna Populi Romani” (powstała w 59 r p. n. e), w zamyśle jej twórcy – Gajusza Juliusza Caesara – miała spełniać funkcje informacyjno-propagandowe i różnicowała wiadomości w zależności od tego, do jakich odbiorców była adresowana.

Później, przez wieki, prasa – zwłaszcza drukowana – ukazywała się na podstawie królewskich (cesarskich) przywilejów, jak też dla realizacji interesów króla i dworu, czego najlepszym przykładem jest najstarsza gazeta polska Merkuriusz Polski, wydawana pod auspicjami Jana Kazimierza Wazy i jego otoczenia w celu przeforsowania zasady „vivente rege” (wyboru nowego króla za życia obecnego).

Rozwój prasy następuje wyraźniej w Europie od wieku XVIII, a coraz większa liczba pojawiających się gazet powodowała, że władzy trudno było nad nimi zapanować. Mistrz PR – Napoleon Buonaparte wybrał drogę najbardziej skuteczną, liczbę gazet francuskich zminimalizował – zostało ich tylko 7 – a te, które zostały, oddał pod kontrolę szefa policji pana Josepha FouchĂŠ.

Z czasem prasa stawała się coraz bardziej niezależna, zwłaszcza od czasu, kiedy wolność słowa pojawiła się w zapisach konstytucyjnych. Ale także wtedy władza – różnymi sposobami – starała się wpływać, zgodnie ze swoim interesem, na treść przekazów.

W Polsce, nawet po uzyskaniu niepodległości w 1918 roku i wpisaniu wolności słowa do konstytucji, dziennikarze nie zawsze mogli pisać i mówić co im się podobało. Można było być pobitym przez „nieznanych sprawców”, choć w mundurach, jeśli się coś złego napisało o Marszałku (komentarz mundurowych: „jak jest wolność słowa to jest i wolność kija”), można było też trafić do więzienia w Berezie Kartuskiej. O czasach PRL-u nie będę się rozwodził, wiadomo, że GUKPPiW – w imieniu władzy – dość  skutecznie „pilnował” wolności wypowiedzi.

Przyszedł rok 1989 i jednym z głównych haseł odnowy były wolność słowa i pluralizm mediów. Nowelizacja prawa prasowego i likwidacja cenzury otworzyły w istocie wrota wolności wypowiedzi. Jednak próby majstrowania, ograniczania tej wolności pojawiły się dość szybko, każda bowiem władza ma to do siebie, że lubi wolność  słowa, ale bez krytycznych słów pod swoim adresem. Zwrócę uwagę na jeden szczegół; przed pierwszymi wyborami do parlamentu oraz samorządów lokalnych pojawiło się wiele pism zaliczanych do „prasy obywatelskiej”, które promowały nowych ludzi do aparatu władzy. Pisma te były szczególnie zaangażowane jeśli chodzi o zmiany na szczeblu władz lokalnych. Były także skuteczne – wielu kandydatów promowanych w tych pismach wygrało wybory. I co stało się następnie? Oto pisma te, w początkach niezależne, zostały przejęte na garnuszek zwycięskiej władzy i ostatecznie przestały być niezależne. Stały się tubą nowej władzy, nierzadko utrudniając powstawanie nowych, rzeczywiście niezależnych pism.

Władze na szczeblu centralnym także chciały mieć media, które raczej będą ich chwalić i wspierać, niż krytykować i ganić. Prasa, dość szybko sprywatyzowana, nie poddawała się kontroli. Ale były przecież media audiowizualne – zwłaszcza telewizja. Dlatego kolejne batalie dotyczyły uzyskanie wpływu władzy na telewizję.

Już pierwszy przewodniczący KRRiT nominowany przez L. Wałęsę, został przez niego w kolejnym roku odwołany, a następni trzej szefowie Rady (R. Bender,J. Zaorski i M. Jurek) byli również krótko na tym stanowisku. Kolejnych trzech prezesów Rady (Sulik, Braun, Waniek) kierowała nią dłużej. W ciągu niespełna 14 lat mamy już 7 prezesa Rady (jest nią E. Kruk) i to pokazuje jak bardzo kolejne władze chciały mieć wpływ na telewizję, przede wszystkim publiczną.

Znacznie więcej zmian było na fotelu szefa telewizji. Tylko w 1989 roku zmieniano: J. Roszkowskiego na J. Urbana, a tego drugiego – na A. Drawicza. Do chwili wejścia w życie ustawy o radiofonii i telewizji było jeszcze czterech kolejnych szefów TVP (M. Terlecki, J. Zaorski, Z. Romaszewski i – ponownie -J. Zaorski). Dopiero potem sytuacja się nieco uspokoiła – przez trzy lata rządził W. Walendziak , przez dwa lata R. Miazek, najdłużej (6 lat) R. Kwiatkowski i wreszcie przez dwa lata J. Dworak, aż do przyjścia obecnego prezesa B. Wildsteina, który kierował TVP przez 9 miesięcy. Było więc dotąd 13 prezesów TVP, z tym, że jeden (Zaorski) dwukrotnie.

Boje o telewizję publiczną trwają nadal. Jak się wydaje, obecna koalicja uzyskała największy wpływ na telewizję i radio publiczne, w porównaniu z poprzednimi ekipami rządzącymi. Na razie nie przekłada się to jednak na zwiększenie zaufania do obecnej władzy, a ponadto telewizja publiczna zaczyna być – w opinii obywateli – coraz mniej wiarygodna niż stacje prywatne.

Rozmawiałem ponad rok temu z prominentnym politykiem obecnej koalicji. Mówił mi: musimy zdobyć TVP, bo choć wygraliśmy bez jej wsparcia, to trudno mi wyobrazić sobie utrzymanie się przy władzy bez telewizji.
Bo też telewizja jest najważniejsza – kogo w niej nie ma – ten nie istnieje. Tak myślą, a nawet mówią niektórzy politycy. To nawet nie muszą być najważniejsze programy informacyjne: Wiadomości, Fakty, czy Wydarzenia, to może być nawet Szkło Kontaktowe, cóż z tego, że człowieka obśmieją; „dobrze czy źle, byle z nazwiskiem”. Na korytarzach Sejmu krążą posłowie, którzy chcą aby kamera złapała ich choćby na sekundę. A nuż dojrzy i zapyta redaktor z jakiejś telewizji – jakież to będzie szczęście. I takie przypadki się zdarzały; w gorących dniach, kiedy pojawiały się jakieś afery, kamera odnotowywała wypowiedzi posłów nawet z czwartego-piątego szeregu.

Obecność w telewizji jest ważna – bo mamy polityka się zmediatyzowała i obecność w telewizji nobilituje. Pojawia się w telewizji – znaczy liczy się jako polityk. Dróg dojścia jest wiele – można do niej trafić z budynku Sejmu, ale także przy okazji jakiegoś spektakularnego wydarzenia nie mającego bezpośredniego związku z polityką. Oczywiście nie mam na myśli pozbawienia immunitetu, czy spraw związanych z naruszaniem prawa, choć dzięki nim także można stać się „bohaterem” mediów.

Media, zwłaszcza telewizja, kipią polityką. Programy informacyjne i publicystyczne, to nieustający show polityków, którzy biegają między stacjami, nieraz kilka razy w ciągu jednego wieczoru (sam odnotowałem występ radiowy i trzy występy telewizyjne wicepremiera Giertycha w jednym dniu!). O ile bowiem mamy sporo profesjonalnych dziennikarzy, o tyle ławka profesjonalnych polityków jest dość  krótka, a nie można zapraszać do studia kogoś, kto nie ma nic do powiedzenia, a do tego w ogóle nie jest „medialny”.
O właśnie – być medialnym! Kiedyś politycy, których chciano nauczyć występów przed kamerą, nie godzili się na takie nauki. Z czasem jednak zaczęli „brać lekcje” i paru specjalistów (od kreowania wizerunku, języka, zachowania przed kamerą itp. ) całkiem dobrze z tego żyje. Nauki Tymochowicza nie poszły w las, jeden z jego uczniów stał się wręcz gwiazdą telewizji i wszedł do pierwszej ligi polityków.

Truizmem jest twierdzenie, że oba światy: polityki i mediów – nie mogą się bez siebie obejść. Media żywią się informacjami, jakie uzyskują od polityków, politycy chcą być w mediach, aby kształtować jak najlepszą opinię o sobie. Politycy wiedzą, że media (najmocniej telewizja) to bodaj najlepsze i najbardziej skuteczne narzędzie marketingowe oraz nośnik informacji. „Dlatego, aktorom politycznym – jak pisze Bogusława Dobek-Ostrowska (Media masowe i aktorzy polityczni) tak bardzo zależy na podporządkowaniu mediów masowych, co może zapewnić im dostęp do nich, po to, aby mieć wpływ na agendę mediów i kształtować ją tak, żeby najbardziej odpowiadała agendzie politycznej”.

Uczeni, analitycy badający związki między polityką i mediami, koncypują różne modele. Najbardziej bodaj znane są dwa, wskazywane przez J. Blumlera i M. Gurevitcha: model przeciwników i model wymiany.
Ten pierwszy zakłada, że ludzie mediów postrzegają aktorów politycznych jako adwersarzy, którym nigdy nie będą służyć. Ów konflikt interesów wynika z nieufności mediów do polityków i z założenia, że politycy zwykle chcą ukryć prawdę przed mediami, ergo opinią publiczną. To oznacza stałą konfrontację obu stron, wzajemną krytykę, wrogość. Jednak, konflikt między dwoma stronami powoduje – z jednej strony – utrudniony dostęp mediów do źródeł informacji, z drugiej – ograniczenia w promocji polityków i ich działalności. Oddalanie się dziennikarzy od polityków to oddalanie się od strumieni informacji lub uzyskiwanie informacji niesprawdzonych, czasem nieprawdziwych. Generalnie – twierdzą specjaliści od komunikowania – brak kooperacji wyraźnie ogranicza skuteczność komunikowania politycznego.

Drugi model nawiązuje do znanej koncepcji „wymiany społecznej”. Mamy więc do czynienia z pewnym niepisanym kontraktem, czy – jak pisze B. Dobek-Ostrowska za Boorstinem – wzajemnych „dogadzaniem”. Media potrzebują informacji zarówno poważnych, jak też dotyczących afer i skandali, a politycy mogą im takie informacje dostarczać. Aktorzy polityczni potrzebują z kolei rozgłosu, który zapewnić im mogą przede wszystkim media masowe. Mamy tu do czynienia z kompatybilnością obu stron. Model wymiany jest możliwy do urzeczywistnienia pod warunkiem zachowania równowagi relacji i wzajemnego zaspokajania  potrzeb obu stron. Mimo okresowych napięć, ów niepisany kontrakt może umożliwić w rzeczywistości faktyczną współpracę na bazie wymiany społecznej.

W praktyce model ten często nie jest realizowany, ze względu (jak choćby w Polsce) na inklinacje polityków do podporządkowania sobie przekazów medialnych, a także ze względu na różne nieformalne i osobiste relacje między ludźmi mediów i polityki, sprzeczne z relacjami formalnymi między instytucjami medialnymi i politycznymi.

W opisie powyższych relacji czegoś/kogoś ciągle brakuje. Lub może lepiej – jest stanowczo za mało. Brakuje obywateli, którzy dzisiaj są głównie odbiorcami przekazów wynikających z relacji media-polityka, choć pojawiają się jako „publiczność”, towarzysząca bezpośrednio lub pośrednio (via e-maile lub SMS-y) w programach publicystycznych Lisa, Pospieszalskiego, Miecugowa i Sianeckiego oraz innych twórców telewizyjnych. Na  szczęście rozwija się Internet, coraz mocniej sprzężony z telewizją i już wkrótce obywatele mogą wejść bardzo wyraźnie w relacje dotychczas dwustronne: dziennikarzy i polityków. Oby z korzyścią dla demokracji, czyli dla nas wszystkich.

Między napisaniem tego bloga, a jego wysłaniem na portal WM dokonała się „nocna zmiana” kolejnego prezesa TVP. B. Wildstein twierdzi, że zmiana była „polityczna”. A przecież powołanie BW też było „polityczne”. A w ogóle słowa „polityka”, „polityczny” źle mi się kojarzą. Choć jeszcze kilka wieków temu – miało wyłącznie pozytywne konotacje (vide: „Polityczny z waszmości pana oficyjer” – jak rzekł do Czecha – pułkownika Sadowskiego pan Zagłoba. A na to pan Sadowski: „bom się polityki i żołnierki od was uczył”). Żołnierki może się jeszcze od Polaków warto uczyć, ale polityki – nie! Choć „polityka” w czasach Zagłoby znaczyła: kultura, dobre wychowanie, kindersztuba. Akurat to wszystko, czego brakuje wielu naszym dzisiejszym politykom.


Moje najnowsze wpisy

 

Strażnicy miejscy zamykają strażników prawa i demokracji?

niedziela 06/01/2013

Po informacji, że 10 grudnia ub. roku J. Jurecki z „Tygodnika Podhalańskiego” został Dziennikarzem Roku (GrandPress  2012), napisałem w blogu (Poszeleść sobie tabletem) o tej…


Żelazna brygada pułkownika Pawła L.

czwartek 03/01/2013

Prognozowanie przyszłości mediów to dzisiaj prawdziwe wróżenie z fusów. Dlatego nie czytam już prognoz, bardziej lub mniej prawdopodobnych lub bałamutnych, nie odpowiadam też na pytanie:…


Dobry dziennikarz powinien być przede wszystkim dobrym człowiekiem.

wtorek 18/12/2012

Ryszard Kapuściński powiedział (napisał) kiedyś, że „dobry dziennikarz powinien być przede wszystkim dobrym człowiekiem”. To mądre słowa, choć często odnoszę je także do innych środowisk…


Poszeleść sobie tabletem…

czwartek 13/12/2012

Nie mogłem być na wręczaniu tegorocznych nagród Grand Press. Na szczęście jest Internet, i mogłem na bieżąco śledzić kolejne nominacje i przyznawanie nagród, zwłaszcza tych…


Gazety nie powinny przyczyniać zła ...

poniedziałek 10/12/2012

„Gazety nie tylko nie powinny przyczyniać zła, lecz owszem mają czynić dobrze i jedynie pod tym warunkiem będę je tolerował” – powiedział po objęciu władzy…


SKOK w NOWY WIEK / NOWY ŚWIAT

piątek 06/02/2009

Za dwa tygodnie znajdę się w NOWYM ŚWIECIE. Ten NŚ to kompleks budynków Wydziału Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ, którego częścią jest Instytut Dziennikarstwa i…


O Pytii i nie tylko

wtorek 20/01/2009

Początek roku. Stary – 2008 – przeszedł już do historii. Jeśli chodzi o sytuację na rynku prasowym trudno o optymizm. Czytam kolejne komunikaty ZKDP dotyczące…


SZANOWAĆ I LUBIĆ CZYTELNIKA

niedziela 30/11/2008

Minęła kolejna okrągła rocznica mojej pracy w Ośrodku Badań Prasoznawczych. Jubileuszu nie obchodzę, życzenia przyjmuję, pracuję nadal. Jakiś czas temu wróciłem z kolejnego już XII…


Powrót ze świata historii

czwartek 30/10/2008

1.Przez prawie rok zagrzebany byłem w historii – mediów i komunikowania. Było to zagrzebanie - i grzebanie się – dość zdrowe, bo odległe od „bieżączki…


Nie ma "Gruszki", będzie Lis w TVP, czyli wracam do bloga

środa 09/01/2008

Długo nie pisałem. A tu już nowy rok. W Sylwestra oglądałem zwarcie kilku telewizji na plenerowych imprezach. Bliższa koszula ciału, więc oglądałem najwięcej zabawę na…