Czemu nie do Paryża? – czyli samorządna Rzeczpospolita


czwartek 26/05/2016

Budżet partycypacyjny do niedawna  pachniał tylko globalistami i Porto Alegre. Ostatnio jednak stał się powszechnie używanym narzędziem, w którym znakomicie odnalazły się rzesze samorządowych biurokratów, udzielających obywatelom łaski pańskiej i pozwalających składać pomysły niewielkich lokalnych zmian, których można dokonać za niewielkie – 1 procent budżetu lokalnego – podatnicze pieniądze. Są przy tej okazji regulaminy na kilkanaście stron, są – excusez le mot – weryfikacje formalne i merytoryczne, są dopuszczenia do głosowania, społeczne komisje do spraw… i samodzielne stanowiska urzędnicze do tychże oraz promocyjne gadżety jako to długopisy i notesy z logo BP, bo bez tego w państwie nie reklamującym już tylko powietrza –  ani rusz.

Praca wre.

W ostatniej edycji budżetu partycypacyjnego, chcąc włączyć się w żywy nurt życia obywatelskiego,   zaproponowałam więc kilka wykładów o ziemiańskich dworach wokół Warszawy plus zabranie chętnych autokarem do tychże dworów.  - Czemu nie do Paryża?  - zapytano na to w konwencji  ironiczno-zjadliwej, podczas publicznej dyskusji nad projektami. Pytającym był jeden z samorządowych urzędników, który bacznie pilnuje nie-wydawania podatniczych pieniędzy na głupoty.

Dawnych ziemiańskich siedzib jest w promieniu 100-150 kilometrów od Warszawy ponad sześćset. Na początku lat 90. było około tysiąca*, ale przez lata „wolnej Polski” pozawalały się niektóre, ze skomplikowanych  powodów około-reprywatyzacyjnych. Prosta logika wskazywałaby zatem, żeby te, które jeszcze stoją, mają dach i nie są tylko kupą gruzów po naszej mitycznej II Rzeczpospolitej – poznać, zrozumieć, zachwycić się. Nie jest to plan łatwy, w kraju, który po 1945 roku wygnał z dnia na dzień na śmietnik historii właścicieli ziemiańskich siedzib i folwarków, które te siedziby utrzymywały. Nie jest to plan łatwy w kraju, w którym obowiązująca zaczyna stawać się idea „my z chłopa wszyscy”.  Jeśli jednak potraktować z należnym dystansem starą, w sumie, chłopomańską ideę, odpowiedź na pytanie czemu nie do Paryża?  jest raczej prosta. Bo to jest polskie, nieznane – czy mało komu już  znane – dziedzictwo. Odziedziczyliśmy – wypadałoby więc wiedzieć co, jakkolwiek niesłuszne ideowo (wciąż!) by się to  wydawało.

Bo niby do starych siedzib w warszawce się aspiruje i zakupuje je, skoro tylko pozwala na to pełny portfel i nie-pamięć o dawnych właścicielach. Jednak ta nie-pamięć wciąż jest tu kluczem. Mieszkać we dworze albo w osiedlu na dworskie upozowanym jest bardzo sofisticated, co w narzeczu tubylczym oznacza ę-ą. Portret byłego właściciela zaś zachować nad kominkiem należy tylko wtedy, jeśli uznamy pewne podobieństwo rysów i opłaciliśmy genealoga, co dołoży nam przynależny do portfela herb. Dawni właściciele, wygnani z domów wciąż nie mają nawet  prawa pierwokupu, bo tu akurat nie dotarła dobra zmiana. Choć nielicznym zdarzyło się  odkupić od państwa dawny rodzinny dom.

To prawda,  proponując te wykłady i objazdy po dworach, nie opowiedziałam w projekcie – czytanym przez urzędników –  o tym,  jak komuniści w 1945 roku  ziemian, uznanych za burżuazyjnych krwiopijców, wyrzucili z domów, zrobili tam PGR-y , a właścicielom nie pozwalali osiedlać się w odległości 50 kilometrów.. Ale z drugiej strony: jeśli ktoś tego nie wie – a chyba nie wie, skoro uznał te wyprawy za taką samą fanaberię jak wyprawa do Paryża – to powinien wrócić do szkoły, a już  na pewno nie siedzieć w samorządowym urzędzie. Jednak siedzi.

Do samorządowych urzędów – w każdym razie w mieście stołecznym, w którym Rada Warszawy wciąż zbiera się w pałacu, będącym śmiertelnym pocałunkiem Stalina  -  powyborcza zmiana  nie dotarła i nie wiadomo czy dotrze. A cokolwiek by o tej zmianie nie myśleć – dobra ona bardzo, czy dobra tylko trochę i tylko dla niektórych – samorządowym instytucjom przydałaby się bardzo.

Upolitycznienie samorządów ma bowiem liczne dziwaczne konsekwencje, które powodują a to rewitalizację parków betonem (jak się pisze na fejsbuku)  a to ufasadowienie konsultacji społecznych, a to regulaminozę.  Nawet Inicjatywę Lokalną – jeden ze sztandarowych projektów samorządu warszawskiego obwarowano takimi obostrzeniami, że lepiej nie podchodzić.

Urzędnicy  z upodobaniem projektują swoje  wizyjne zmiany, które mieszkańcy tradycyjnie oprotestowują. Park Krasińskich, Pole Mokotowskie, Most Krasińskiego czy Stadion –  narodowo doprowadzający do uszu mieszkańców decybele ponad ludzką miarę. Reprywatyzacja oparta na skupowanych roszczeniach, wyburzanie lokalnych ikon architektury jak Universam czy Emilia, dokładanie do Placu Zamkowego budynku w stylu mocno nie-nawiązujacym. Warszawska codzienność.  Z raportów pokonsultacyjnych wychodzi zwykle, że mieszkańcom potrzeba tylko niewielkiego ulepszenia tego, co jest – władza wie swoje i woli wytrzebiać stare, żeby mogło powstawać wielkie i chwalebne nowe.  No i żeby pomiędzy tym nowym jeździła miejska komunikacja. Ale tylko wtedy, kiedy akurat nie występuje przymus zorganizowania marszu, kontr-marszu, maratonu, półmaratonu, protestu czy nie daj Boże rocznicy Powstania albo i kontr-powstania. Tramwaje potrafią wtedy z innowacyjnością godną wicepremiera na M kończyć trasę w połowie, bo nie mogą – jak autobusy – wykonywać skomplikowanych objazdów, za którymi nie nadąża prosty pasażer.

Mieszkańcy piszą petycje, wysyłają pisma w bardzo europejskim trybie dostępu do informacji publicznej albo jeszcze lepiej administracyjnie chcą stać się stroną w najróżniejszych postępowaniach.  Urzędnicy z lubością powtarzają swoje  nie-da-się, na jednym oddechu ze wskazywaniem na mitycznego kolegę, jako sprawcę niedogodności, których mieszkańcy muszą doświadczać.

Figura kolegi  aktualizuje się w warszawskim samorządzie poprzez zadziwiająco pojemną formułę nie jesteśmy gospodarzem, który a to nie może sprawić, by most nie był zamykany, bo akurat popkultura będzie śpiewać, a to, by  drzewa nie były niepotrzebnie wycięte, a to, by  trzydziesta w kwartale impreza na stadionie nie generowała decybeli od których strach pomyśleć co dzieje się z ptakami z zabytkowego parku obok. Gospodarzem zwyczajowo nie jest – w odpowiedziach do mieszkańców – prezydent miasta. Zwala na liczne miejskie spółki. Ostatnio nie-gospodarzem został w korespondencji z mieszkańcami nawet jeden minister, który teoretycznie włada narodowym stadionem. Zwalił na spółkę Skarbu Państwa.

Pytanie o Paryż wydaje się wiec w tym kontekście zadziwiająco logiczne.

Skoro bowiem nie mamy poczucia ciągłości z tym, co przed wojną, skoro – jak słusznie czy niesłusznie uzasadnia profesor Leder – zmiana stosunków własnościowych dokonała się w Polsce nie naszymi rękoma, jednak za naszym, polskim przyzwoleniem, nie powinno dziwić, że stare domy łatwiej jest zburzyć, a stare drzewa wyciąć. Nawet jeśli wchodzi się w konflikt z jakimś tam konserwatorem zabytków albo z podnoszącymi  wrzask ekologo-podobnymi.

Nie mamy po prostu – to wciąż warszawska czy mazowiecka perspektywa, która nie musi obowiązywać gdzie indziej – wzoru gospodarza.

Dawniej, gospodarzem był w swoim majątku ziemianin. Dbał o dom, o ziemię, o ludzi, których do uprawiania tej ziemi zatrudniał w folwarku. Dzieci lubił chować w zimnym pokoju, żeby się od małego przyzwyczajały do służby innym i nie wymagały za dużo dla siebie.   Bywał wielofunkcyjnym robotem , który zakładał szkołę i  lecznicę, bywał i opieką społeczną i takim lokalnym „zusem”, zapewniającym a to w naturze, a to w żywej gotówce środki na przetrwanie kłopotów czy na „dożycie”. Owszem, i on  toczył swoje boje z władzą. Mieczysław Jałowiecki, niby z książąt Perejasławskich, a jednak po prostu hodujący buraki  ujmuje to tak:

Plantator buraka cukrowego to mąż, który łączy w sobie męstwo i umiejętność pokonywania przeszkód, to skała, o którą rozbijały się „bałwany demagogii agrarnej” pana ministra Poniatowskiego**, to rycerz, który z otwartą przyłbicą prowadził bój z dyrektorem cukrowni, to czarodziej, przed którym w czasie kryzysu otwierały się magiczne drzwi gabinetu dyrektora oddziału Banku Gospodarstwa Krajowego i który wychodził do poczekalni z kieszenią wyładowaną prolongowanymi wekslami.(…) Orlim wzrokiem obejmował zielony horyzont buraczany i od pierwszego rzutu oka wiedział o wszystkich dolegliwościach tej szlachetnej rośliny, wymagającej często podkarmienia niczym rój pszczół w ulu dawką pogłówną saletry, a czasem minimalną dozą boru w postaci boraksu.***

Ziemian, których łączyła wspólna wiara, wspólnota interesów, wspólnota idei  i  faktyczne wytwarzanie dochodu narodowego – dziś nie ma. Gospodarstwa wielkoobszarowe nadgryzła  najpierw  parcelacja w Międzywojniu, pożarła do końca komuna. A „wolna Polska”, nawet ta w ostatniej odsłonie, nie potrafiła uwzględnić postulatów Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego i nie zalegalizowała ustawowo możliwości pierwokupu własnej dawniej ziemi.

Dziś własność bywa usadowiona najczęściej gdzieś tam przy bankierach i tych parunastu rodzinnych klanach,  które tak widowiskowo przedstawiają się w statystykach****.  Reszta jest kredytem, jak mógłby napisać dzisiejszy Szekspir, gdybyśmy go mieli. Ale nie mamy. Tak jak nie mamy   już nikogo, kto o zwykłym buraku pomyślałby jak o szlachetnej roślinie, a o starym dworze jak o polskim Świętym Graalu.  Owszem, miło się ogląda kolejne sezony Downtown Abbey ale to przecież dawno i gdzieś w świecie, nie u nas. Naprawdę, do Paryża się zachciewa. Fuj.

 

* Mniej więcej połowę dokladnie opisali profesorowie Jaroszewski i Baraniewski w cyklu Po pałacach i dworach Mazowsza, Wydawnictwa Naukowe i Techniczne 1995 i 1996
**Minister Juliusz Poniatowski -   piłsudczyk związany z PSL „Wyzwolenie”, sześciokrotny minister rolnictwa i reform rolnych w licznych rządach II Rzeczpospolitej.
***Mieczysław Jałowiecki, Requiem dla ziemiaństwa, Czytelnik, Warszawa 2005, s 49
****http://www.forbes.pl/85-najbogatszych-ma-tyle-pieniedzy-co-polowa-swiata,artykuly,169784,1,1.html

Moje najnowsze wpisy

 

Powracanie ziemian (19) Jedni zabrali, drudzy nie oddali - a mogli.

środa 27/10/2021

  Co jest w nim takiego, że przyciąga? Oplątany zielenią, z tym mansardowym dachem wygląda pięknie, kiedy patrzy się z daleka. Taki właśnie szybki rzut…


Powracanie ziemian (18) - 1939 rok i wrześniowi uciekinierzy

czwartek 23/09/2021

Ta jesień naprawdę do nas idzie. A ja dziś myślę  o tym, co w drugiej połowie „swojego”  września robili bohaterowie moich ostatnich książek. Opowieść z…


Powracanie ziemian (17) Maria Tarnowska i flaga PCK

niedziela 01/08/2021

Kiedy zaczynało się Powstanie Maria Tarnowska miała 64 lata i stopień porucznika AK. Tak, Powstanie upadło. Tak, były rozmowy o warunkach kapitulacji i ewakuacji cywilów…


Powracanie ziemian(16) - O lustrach, „Antychrystach” i dworze w Dąbrówce

niedziela 31/05/2020

  Zostało tylko tremo – napisał znajomy w fejsbukowym komentarzu. Czy ktoś powie tak dziś o wysokim lustrze  opartym na konsoli? Nie na takiej, którą…


Powracanie ziemian(15):Wszystko,co w Polsce najbardziej zachwycającego.....

niedziela 03/05/2020

Nie wiem co robiła Maria Dąbrowska dokładnie 3 maja 1928 roku. Ale wydaje się, że wiosna tego roku była decydująca dla powstania "Nocy i dni".…


Powracanie ziemian (14) - "Przedwojenni. Zawsze był jakiś dwór"

piątek 28/02/2020

Historie publikowane w tym cyklu stały się zaczątkiem książki, która od wczoraj ma już swoje księgarniane życie. "Przedwojenni. Zawsze był jakiś dwór". Jedenaście opowieści, które…


Powracanie ziemian(12) …to już chyba pani nie jest nam potrzebną - czyli o Marii Walewskiej z Kowali

wtorek 26/12/2017

Boże Narodzenie 1944 roku spędziła jeszcze w majątku. Wyrzucili ją pod koniec stycznia 1945. Wyrzucali ją zresztą z dworu w Kowali pod Radomiem dwa razy.…


Powracanie ziemian(11) – O Marszałku choć raz, o koniach i o Czaplach

czwartek 07/12/2017

Kończyła właśnie rok piąty — sierpień się zaczął, pamiętny sierpień 1914 roku.(…) Elegantka była. Pysio białym pudrem mocno przypudrowane i długie białe rękawiczki pończoszki na…


Powracanie ziemian(10) - Witold Maringe, kamienny ganek, wyniosły jesion i Proces Siedmiu

niedziela 29/10/2017

Na zdjęciu z 1921 roku, które pokazuje wiki, biały  dwór w Lenartowie zaprasza do odpoczynku na wielkim kamiennym ganku. To jest taki ganek, na którym…


Powracanie ziemian(9) - Traktat ryski, warszawskie Hollywood Adama Drzewickiego i udawany książę

piątek 15/09/2017

Lubił malować i fotografować. Założył w Warszawie  wytwórnię  filmową, w której od 1923 roku  nakręcono albo opracowano prawie sto filmów polskich i wykonano dla  kin…