Jak wpadłem w depresję ( opisuje PRESS)


poniedziałek 08/07/2019
44

DEPRESJA REPORTERA Szefowi mogę powiedzieć, że idę na USG, że do psychiatry – nigdy MAŁGORZATA WYSZYŃSKA i wonę, dziennikarkę prestiżowego tygodnika, depresja dopadła cztery lata temu. Nagle zaczęła płakać, pracując nad tekstami. Łzy ciekły, gdy rozmawiała z  matką, która straciła dziecko, ale też rozmawiając artystą, któremu się w  życiu udało. Czuła się rozbita, bezsilna i  pozbawiona energii. Jej sytuacja zawodowa była niepewna. W  poczytnym i  szanowanym tygodniku nie miała etatu, jedynie niewielki ryczałt i  mimo stałej współpracy żadnych widoków na zmianę. Rozsypało się też jej życie prywatne – była właśnie w  trakcie rozwodu i podziału majątku. Iwona poszła do psychiatry i  dostała leki. Po  miesiącu przestała płakać, była w  stanie pracować. – Reporter pracuje dzięki swej wrażliwości. Przez kilka lat można na tym bazować, ale nie przez 20 lat. Potem trzeba zmniejszyć tempo lub wziąć urlop. A  tego się w  mediach zrobić nie da  – stwierdza. JAK PIECZĄTKA NA CZOLE Nie chce ujawniać nazwiska. – Gdybym publicznie przyznała się do depresji, stałabym się niewiarygodna w  oczach moich rozmówców. Często  robię  reportaże  ze  wsi  i  małych miasteczek, a  tam człowiek z depresją to po prostu wariat – tłumaczy Iwona. Po setkach tekstów w  prasie, programów radiowych i  telewizyjnych, po ośmiu edycjach trwającej od 2015 roku kampanii „Twarze  depresji. Nie oceniam.  Akceptuję” większość  dziennikarzy zmagających się z tą chorobą woli milczeć. Joanna Racewicz, była dziennikarka TVP, dziś w  Polsat News,  opowiadała o swojej depresji  publicznie  podczas kampanii „Twarze depresji…”. Dziś słyszę od niej: – Na temat depresji już się nie wypowiadam. Gdy dzwonię do kilku osób, o  których dowiedziałam  się, że chorowały lub chorują na depresję, i zagajam na ten temat, odpowiadają zwykle podobnie, ze zdziwieniem w głosie: „Co pani mówi? Nikt ze znanych mi dziennikarzy nie mówił, że ma depresję…”. Paradoks polega na tym, że to właśnie dziennikarze chętnie biorą na warsztat tę chorobę,  namawiając ludzi do zwierzeń. Znajomego  dziennikarza  o  znanym  nazwisku  pytam,  czy zna osoby z naszego środowiska cierpiące na depresję. Przyznaje, że zna wiele, ale od razu zastrzega: – Żadna z  nich nie opowie pod nazwiskiem o  swoich doświadczeniach, bo nikt nie chce mieć pieczątki na czole „chodzę do psychiatry”. CUDZE ŻYCIE NIC NIE ZNACZY Iza Michalewicz, reporterka przez wiele lat związana z  „Dużym Formatem” „Gazety Wyborczej” i autorka kilku książek non–fiction, to jedna z  niewielu osób, które zgodziły się opowiedzieć o swojej depresji pod nazwiskiem. Jesienią 2016 roku Michalewicz została zwolniona z  „Gazety Wyborczej” w  ramach zwolnień grupowych. To było jak obuchem w  głowę. W  „Dużym Formacie” czuła się świetnie; wiedziała, że chce do niego pisać, to była jej ukochana redakcja, wymarzona dla reportażysty. Zostaje bez pracy. Koledzy zwolnieni razem z  nią szturmują media, niektórym udaje się w  nich zatrudnić. Iza rozmawia z  szefami działów kilku prestiżowych pism, ale tam jej nie  chcą.  –  Powiedziano mi, że na razie nie zatrudniają dziennikarzy. Potem już nie szukałam. Potrafię napisać każdy tekst, ale nie chciałam pracować nad bieżącymi informacjami.  Nie  mam  temperamentu  do  gazety  codziennej  – przyznaje Michalewicz. Nie ma z  czego żyć, więc zaciąga długi. Jej partner też jest reporterem, ale bez etatu i  nie pomoże utrzymać domu. Iza czuje się  kiepsko,  ale  walczy.  Pisze  książkę  o  zbrodniach,  które  chce wyjaśnić Archiwum X, specjalna komórka policji zajmująca się najtrudniejszymi, niewykrytymi sprawami sprzed lat. Michalewicz spotyka się z  rodzinami ofiar morderstw, zderza się z  ich rozpaczą.  Miesiącami  przegląda  akta  sądowe.  Patrzy  na  zdjęcie martwej kobiety w ciąży z patykiem wetkniętym w narządy rodne, pary studentów zamordowanych w górach strzałem między oczy, fotografię Alicji Jaroszewicz z  odstrzeloną połową głowy, zamordowanych dzieci, zdjęcia  z  sekcji,  podczas  których  każdy fragment sponiewieranego ciała opowiada, jak umierał człowiek. Czyta w aktach zeznania sprawców. Oni mówią, że można zabić dziecko jak muchę: bez mrugnięcia okiem. Że życie nic nie  znaczy. Te archiwa przegląda przez dwa lata. Czuje się coraz gorzej. Nie może spać, jeść, ma napady lęku, a  rano trudno jej wstać z  łóżka. Ale zmusza się do pracy, bo jest książka do napisania. „Zbrodnie prawie doskonałe. Policyjne Archiwum X” wychodzą w  lutym 2018 roku i  stają się bestsellerem. Michalewicz nie umie się jednak cieszyć sukcesem. We wrześniu 2018 jej związek rozpada się po 13 latach (powody były głównie pozafinansowe). Iza zostaje sama z nastoletnim synem. W  listopadzie czuje się już naprawdę źle. Ma guzy tarczycy. Do → 2019 | 07–08 | 47MEDIA tego zaczyna się bać. Zanosi swoją książkę ochroniarzowi budynku, w  którym wynajmuje mieszkanie. I  pół litra wódki. – Jak pan przeczyta, to będzie pan wiedział, czego się boję. I  proszę, żeby nawet mysz nie prześliznęła się do mojego mieszkania – mówi mu. Święta Bożego Narodzenia spędza u mamy, ale już nie wstaje z  łóżka.  Nie je.  I  ciągle płacze. NA WOJNIE ZE ZŁEM Po powrocie do Warszawy przestaje wychodzić z  domu. Nadal nie je, więc chudnie 20 kg. Włosów nie czesze, ale szybko okazuje się, że z  blond loków została jedna trzecia. Ratuje ją telefon od zaprzyjaźnionego reportera, który daje jej kontakt do sprawdzonego psychiatry. W  styczniu lekarz stawia diagnozę: PTSD, czyli zespół stresu pourazowego. Michalewicz jest zdziwiona: przecież to dotyczy żołnierzy, którzy doświadczyli ciężkich przeżyć wojennych. Mieszka w  Warszawie, na wojnie nie była. – Pani codziennie jest na  wojnie. Na wojnie ze złem – tłumaczy psychiatra. Leki pomagają. Może pracować nad kolejnymi książkami. Obie z  gatunku true crime. Prawdziwa zbrodnia. Co ważne, dostała na nie dobre zaliczki. W  ten sposób dokumentuje materiał m.in. do drugiej części „Policyjnego Archiwum X”. – To zajęcie niszczące emocjonalnie, ale uczę się sobie z  tym radzić. Za dużo  już zrobiłam, żeby  teraz  odpuścić.  Zbyt wiele  spraw  czeka  na wyjaśnienie – mówi Michalewicz. Ale założyła sobie, że zbrodniami z  Archiwum X będzie się zajmować tylko do 2020 roku. Potem poszuka jaśniejszych tematów. – Dziennikarstwo to zawód drenujący. Im więcej wkładasz w  nie serca, tym więcej  za to płacisz – stwierdza Michalewicz. NAJBARDZIEJ CHCIAŁEM ZASNĄĆ Tomasz  Smokowski,  dziś  komentator  sportowy  Polsatu,  opowiedział o  swojej depresji w  kwietniu br. w  wywiadzie z  Dariuszem Faronem dla Onetu. W 2011 roku Smokowski został szefem redakcji sportowej Canal + Cyfrowy. Odpowiadał za pracę kilkudziesięciu osób. To był awans, ale on już po kilku tygodniach wiedział, że to nie dla niego. „Ludzie przychodzili do mnie z  rozmaitymi problemami. Starałem się to wszystko brać na klatę. Kiedy jako szefowi nie udało mi się czegoś załatwić, traktowałem to jako osobistą porażkę” – mówił w  wywiadzie. Atmosfera korporacji była nieznośna. „Czasem miałem wrażenie, że żyłem jak w  czasach Borgiów, otoczony jakimiś intrygami, w  których nie chcę uczestniczyć. Lubię mówić ludziom prawdę w  oczy, nawet jeśli jest niewygodna. Szanuję innych, więc staram się być wobec nich uczciwy. W  korporacjach komunikacja wygląda zupełnie inaczej” – wyjaśniał. Czuł się źle. „Coraz częściej zdarzały się bezsenne noce, a  brak snu jest bardzo niebezpieczny, bo wypacza widzenie rzeczywistości.  Świat  stał  się  karykaturą.  Miałem  kłopoty,  by wstać z  łóżka, spotykać się z  ludźmi. Rano udawałem, że śpię, byle tylko się nie podnosić spod kołdry. Bałem się zmierzyć ze światem” – opowiadał w wywiadzie. „W tamtym okresie czułem się bardzo nieszczęśliwy. Bardzo skrzywdziłem swoją żonę, mówiąc jej w  pewnym momencie, że chcę odejść. Przeżywaliśmy naprawdę trudny okres” – ujawnił. Pewnego dnia, gdy siedział z  rodziną przy stole, syn zapytał, dlaczego jest taki milczący i  nieobecny. Pomyślał wtedy, że jest z  nim naprawdę źle. Żona długo namawiała go, by poszedł do psychiatry. „Powiedziałem pani doktor, że ciśnienie często tak bardzo rozsadza mnie od środka, a w głowie wiruje tysiąc myśli, że  najbardziej chciałbym zasnąć i  obudzić się,  gdy problemy się same rozwiążą. Po tych słowach bez wahania zdecydowała się przepisać mi leki” – opowiadał w wywiadzie Smokowski. Poza kilkoma najbliższymi osobami nikt o  jego chorobie nie wiedział. Występował w programach, nie zrobił sobie ani jednego dnia przerwy. Dziś sądzi, że czasem trzeba sobie pozwolić na słabość.  „Ktoś fajnie napisał  pod moim wpisem na Twitterze, że na samym początku trzeba stanąć przed lustrem i  powiedzieć sobie:  nie  muszę być siłaczem. To, że ktoś sobie nie radzi, nie jest powodem do wstydu” – mówił Onetowi. Dziś depresja jest dla Smokowskiego zamkniętym rozdziałem. Postanowił, że opowie o  niej tylko raz w  wywiadzie dla Onetu. Na rozmowę z  „Press” się nie zgadza. – Wywiad miał gigantyczny odzew. Odmówiłem rozmowy kilku stacjom telewizyjnym  i  paru gazetom.  Nie chcę  budować źle  rozumianej popularności na depresji i  udawać, że jestem ekspertem w  tej dziedzinie – wyjaśnia. I  dodaje: – Wykonałem zadanie. Kiedy wczoraj biegałem po lesie, podeszły do mnie dwie osoby i  podziękowały mi za ten wywiad. ZNANY CZŁOWIEK TEŻ CHORUJE Andrzej Bober, który w latach 80. i 90.prowadził w TVP program „Listy o  gospodarce” (pierwszy program bez cenzury w  TVP za PRL), przyznał się do depresji w  2015 roku, stając się jednym z  ambasadorów kampanii „Twarze depresji”. Kilka miesięcy wcześniej  spotkał  przypadkiem swoją  dawną studentkę  Annę Morawską-Borowiec. Ona mówi mu, że pracuje nad książką o  depresji, a  on opowiada jej swoją historię. Zgadza się opowiedzieć o  swojej  chorobie w  książce i  wziąć udział w  kampanii. Jego twarz pojawia się na billboardach i  na okładce książki Anny Morawskiej-Borowiec „Twarze depresji”. Na spotkania podczas kampanii przychodzą tłumy. Bober chce im pomóc. – Nie wszystkich da się uratować, ale są też tacy, którzy pomyślą „znany człowiek miał depresję i  leczenie mu pomogło. Może ja też  spróbuję” – tłumaczy. Był 1997 rok. Żona Bobera ciężko zachorowała, przez wiele miesięcy leżała na OIOM-ie. Codziennie kursował między swoim  mieszkaniem  na  warszawskich  Bielanach,  szpitalem  przy Wolskiej, mieszkaniem teściowej na Saskiej Kępie (codziennie musiał ją zawieźć do córki do szpitala i  odwieźć do domu) i  pracą w  TVP przy Woronicza. Był jeszcze pies, którego trzeba było wyprowadzić dwa razy dziennie. Czuł się wyczerpany, przygnębiony, nie jadł i  nie spał. – Zacząłem tracić orientację w  tych wszystkich obowiązkach. Poczułem, że nie dam rady – wspomina. Mimo  to  nadal  pracuje,  nie  pozwala  sobie  nawet  na  dzień wolnego. Pewnego dnia staje w  przedpokoju i  jego wzrok zatrzymuje się na telefonie. Wykręca numer przyjaciela: „Przyjedź, bo źle ze mną”.  Przyjaciel  przyjechał  następnego  dnia  o  7  rano  i  zawiózł go  do szpitala. Andrzej  Bober  nigdy nie ukrywał,  że  chorował  na  depresję. – W  zespole „Listów o  gospodarce” wszyscy wiedzieli, że byłem w  szpitalu psychiatrycznym, bo sam im o  tym powiedziałem. Nie przyszło mi do głowy, żeby robić z  tego tajemnicę. Nic złego ze strony współpracowników, a także innych osób mnie nie spo48 | 07–08 | 2019tkało. Współpracownicy raczej mnie chronili. Mówili na przykład, że dziś już dosyć tej pracy, żebym odpoczął i  poszedł na spacer do Lasku Bielańskiego. Były chwile, że ta opiekuńczość trochę mnie denerwowała – przyznaje. W MEKCE REPORTERÓW Ewa Kaleta pisze reportaże. Kocha to i  nie chciałaby robić w  życiu  nic  innego.  Pięć  lat  temu  zaczęła  stale  współpracować z  „Dużym Formatem”, okazjonalnie pisuje do innych tytułów. – Wiedziałam, że skoro dotarłam już do mekki reporterów, nie mogę tego wypuścić. Przecież nie ma lepszego miejsca na świecie. Zbudowałam na tym obraz siebie. Ja, dziewczyna ze wsi, doszłam do tego miejsca sama, udało mi się – mówi. Ewa uwielbia nurkować w  cudzym życiu, to daje jej nawet oddech od własnych problemów. Nigdy nie czuła, że reportaż drenuje ją psychicznie. Nad każdym pracuje z  entuzjazmem. To, że musi pożyczać pieniądze od znajomych, żeby pojechać do małej miejscowości i  zebrać materiał do tekstu, wcale jej nie zniechęca. Kiedy prowadzi się studenckie życie, można tak funkcjonować.  Reportaże  (oddaje  jeden  w  miesiącu)  są  pracochłonne i  dostaje za nie kiepskie stawki. Tak małe, że nie może się za nie utrzymać. O  pójściu do dentysty nie ma mowy. Odpadają wszystkie drobne przyjemności – kino, teatr, kawa w  knajpie, nowa książka. Co miesiąc kombinuje, jak zapłacić za pokój w  mieszkaniu wynajmowanym wspólnie ze znajomymi. Zastanawia się, czy może kupić kapsułki do prania, które kosztują 20 zł,  czy lepiej  zdecydować  się na  płyn  i  proszek.  Waha się,  bo  jedna kapsułka starczy na jedno pranie, więc może to się bardziej opłaca,  choć  proszek  jest  tańszy.  Ewa  szuka  więc  promocji  kapsułek do prania, ale nie  znajduje. Ma braki w  garderobie, więc zastanawia się nad kupnem nowej bluzki, ale nie droższej niż 70 zł. Z  tym że ta bluzka musi być idealna: na lato i  na zimę, na co dzień i  na wyjście, ciepła i  jednocześnie przewiewna i  koniecznie z  dobrego materiału, żeby nie rozpadła się po kilku praniach. Bluzka, która spełnia wszystkie te wymogi, musi być jedna, bo na trzy Ewa nie ma pieniędzy. Lecz takiej za tak niewielkie pieniądze w  sklepach nie ma, więc z  kupna rezygnuje. Wydatki większe niż te absolutnie konieczne powodują u  niej zresztą niejasne poczucie winy. – Miałam trzydzieści lat, a  czułam się jak nieodpowiedzialne dziecko, które nie jest w  stanie samodzielnie funkcjonować w  społeczeństwie. Czułam się winna – opowiada Ewa Kaleta. Ciągle miała jednak nadzieję, że jej wysiłek przełoży się na etat. Jeśli będzie lepiej pracować, w  końcu nadejdzie nagroda. – Cały czas myślałam, że muszę jeszcze więcej pracować nad tekstami, żeby były jeszcze lepsze i  po prostu odsunąć gratyfikację w  czasie. O  mojej sytuacji dużo rozmawiałam z innymi reporterami, ale nie z  pracodawcą. Od pracodawcy dostawałam komunikat: „rób swoje, bo robisz to dobrze”. Nie skarżyłam się, ale sądziłam, że za tym pójdą jakieś decyzje. Nie poszły. Dziś wiem, że to były tylko moje wyobrażenia. To, że jest się docenianym merytorycznie, zupełnie nie  przekłada się na zatrudnienie – przyznaje Kaleta. WYMIENIALNA JAK SUWAK W  połowie grudnia 2017 roku pisze na Facebooku: „Napisałam w  życiu kilka reportaży o  wyzysku pracowniczym. O  sprzątaczkach, o  paniach obierających cebulę, o  pracy w  gastronomii. Czytałam wiele tekstów o  różnych zawodach, w  których ludzie oddają całe swoje serce, a nie mają za co żyć. Dziś mogłabym napisać tekst wcieleniowy  o  nas,  o  reporterach. (…) Kiedy napiszę reportaż,  nie  wiem,  ile  mi  za  niego  zapłacą  i  często  nawet  kiedy dokładnie – żyję w poczuciu, że na moje miejsce jest kilkanaście osób, i  jestem wymienialna jak suwak w spodniach”. Tekst wzbudza poruszenie. Jest impulsem dla freelancerów, którzy zakładają na Facebooku komisję środowiskową, by bronić swoich praw. W  przygotowanym w  październiku 2018 roku kodeksie dobrych praktyk domagają się m.in. od wydawców zwrotu pieniędzy za delegacje i  terminowych płatności po akceptacji tekstu. Z  facebookową grupą Ewa Kaleta sympatyzuje, ale nie uczestniczy w  niej aktywnie. – Dziś negocjuję warunki dla siebie i  za swoją pracę. Widzę dobrą wolę w  redakcjach, dostałam wiele wsparcia od reporterów i  różnych redakcji. Post, który napisałam, być może dlatego, że podpisany moim nazwiskiem, bezkompromisowy i  odważny, okazał się moim sukcesem. Wielu reporterów  uznało  ten  post za  reporterski obowiązek  mówienia prawdy – tłumaczy Ewa Kaleta. Pisze równolegle teksty do „DF” i  do jednego z  kobiecych pism. Załapuje się też na współpracę z  agencją reklamową. Szybko okazuje się, że obowiązki w agencji są nie do pogodzenia z  regularnym pisaniem reportaży. Próbuje napisać książkę, ale ostatecznie nie dogaduje się z  wydawnictwem. Zaczyna czuć się naprawdę źle. Objawy są typowe dla depresji: lęk, niepokój i  ogromny smutek. Nie jest w  stanie pracować. Wie, że powinna pójść do psychiatry. „Ale jeśli zapisze leki, które będę musiała kupować co miesiąc, z  czego zapłacę?” – myśli, więc zwleka. Lekarz, do którego wreszcie trafia, pyta: „Czy pani praca jest stabilna?”. Odpowiada, że nie. „A  czy może pani coś zrobić, żeby była  stabilna?”.  Zaprzecza.  Wtedy  uświadamia  sobie  swoją  bezsilność. Psychiatra stawia diagnozę: stan depresyjny. I przepisuje leki, które Ewie pomagają. Łapie równowagę, może wreszcie pracować. Przyznaje, że nie tylko praca była przyczyną depresji, jej poprzedni związek nie był dobry i z  pewnością miał duży wpływ na  jej życie. Ale pracuje już inaczej. Pisze tylko jeden reportaż na trzy miesiące i  stale współpracuje z  z  kobiecym portalem Hellozdrowie.pl. Od agencji reklamowych zleceń nie bierze, zbyt duża ich liczba wyklucza pogłębioną pracę. Może sobie na to pozwolić, bo znalazła wydawcę książki. Zaliczka, którą dostanie na jej napisanie, oznacza stabilność, której wcześniej nie miała. – Chcę być na pomoście między światem reportażu i  światem komercyjnych mediów, chwytać jedno i drugie. Uczę się, jak łączyć oba światy bez obniżania jakości przekazu, ale też bez fetyszyzacji niszy – mówi dziś Ewa Kaleta. ZACZĄŁ MÓWIĆ RÓWNOWAŻNIKAMI ZDAŃ O  swojej depresji zgadza się też opowiedzieć Piotr Głuchowski, redaktor „Gazety Wyborczej”, autor kilku książek i  laureat wielu nagród. Dwa i  pół roku temu zaczął pracę nad książką „Nic co  ludzkie”  na  podstawie  scenariusza  filmu  „Kler”  Wojciecha Smarzowskiego. Rano szedł do redakcji, a po powrocie do domu o  godz.  18  czy  19  siadał  do  pracy  nad  książką.  Kończył  o  trzeciej nad ranem. Poza pracą i  krótką przerwą na sen niczym innym się  nie zajmował. Jeszcze nie skończył „Nic co ludzkie”, a  już na zakładkę za2019 | 07–08 | 49MEDIA czął pracę nad kolejną książką „Zimna gra” o  walce szpiegów w  latach 60. w  Warszawie. Nagle poczuł, że coś nie gra. Na zebraniach redakcyjnych zaczął mówić równoważnikami zdań. Przestał jeść, ale nie czuł się głodny. Schudł 20 kg. „Świetnie wyglądasz, uprawiasz jogging?” – pytała koleżanka z  redakcji, nieświadoma tego, co się z  Głuchowskim dzieje. Książka „Nic co ludzkie” wychodzi w  styczniu 2018 roku. Banku nie rozbija.  Głuchowski  ślęczy  nad książką o  szpiegach, lecz robota mu nie idzie. Pisze zdanie, skreśla i  pisze kolejne. Nie posuwa się naprzód. Potem nie jest już w  stanie pisać. Po powrocie z  redakcji do mieszkania nie robi nic. Nie czyta, nie słucha muzyki, nie ogląda filmów. Leży i  gapi się w  sufit. Bierze urlop, powinien pojechać do domu (Głuchowski pracuje w  Warszawie, ale rodzina mieszka  na  wsi pod  Bydgoszczą, on  wraca  tam  na  trzy–cztery dni). Z  Warszawy zabiera go brat, który też od razu poleca psychiatrę w  Gdańsku. Lekarz zapisuje leki, ale Głuchowski nie czuje się po nich lepiej. To go przeraża, bo kończy mu się urlop. Jest pewien, że do „Wyborczej” nie ma już po co wracać. Dzięki pospolitemu ruszeniu przyjaciół dostaje jednak kontakt do innego lekarza, a  ten  zapisuje mu dziesięciokrotnie większą dawkę leku. Już po kilku dniach Głuchowski wraca do życia. Czuje zapachy, głód, idzie się umyć i  ogolić. Wraca do pracy, ale zwalnia tempo. Nad książką pracuje powoli. Śpi osiem godzin, ogląda  seriale. Nadal bierze leki. – Lekarz wytłumaczył mi, że  pracoholizmem i  wyniszczającym trybem życia doprowadziłem organizm do ruiny – mówi. Choroby nigdy nie ukrywał: – Mojemu bezpośredniemu szefowi otwarcie powiedziałem, że mam depresję i  nic złego mnie z  tego powodu nie spotkało. Kiedy wróciłem do pracy, zapytał tylko „Czujesz się już dobrze?”? Potwierdziłem i  więcej na ten temat nie rozmawialiśmy – opowiada. REFLEKSJI DOKONAJ SAMEMU Sławomir  Murawiec,  psychiatra,  psychoterapeuta  i  rzecznik Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, od kilku lat ma coraz więcej pacjentów z  depresją – więcej jest też wśród nich dziennikarzy. – Duży wpływ na ich stan psychiczny ma niepewność pozycji zawodowej w  dziennikarstwie. Kiedyś, gdy dziennikarz osiągnął wysoką pozycję zawodową, jego byt był w  jakimś zakresie zabezpieczony. Dziś nie ma już nie tylko tej pewności pozycji, ale też warunki pracy są coraz trudniejsze – mówi Murawiec. – Dziennikarze niekiedy doświadczają mobbingu, a  często są pod presją czasu i  dużych wymagań. Człowiek przez jakiś czas to wytrzymuje, ale potem się poddaje przestaje sobie radzić i  pojawiają się  różne  objawy – wyjaśnia. Pytam, czy leki osłabiają zdolność do pracy. – Leki poprawiają  napęd i  funkcje poznawcze. Poprawa zaczyna się zwykle po dwóch tygodniach, po kilku pacjent  jest  w  stanie wrócić do swoich  obowiązków.  Murawiec podkreśla jednak, że druga faza leczenia należy do pacjenta. Leki wyciągają z  dołka depresji, ale refleksji nad własną sytuacją musi  dokonać  sam  pacjent.  Czasami  warto,  by  poszedł  na  psychoterapię lub przynajmniej przestał od siebie wymagać, że zawsze wszystko musi robić na 100 proc. Sławomir Murawiec nigdy nie mówi swoim pacjentom, żeby zmienili pracę. Pyta jednak: „Czy nadal może pan funkcjonować w  takich  warunkach  i  w  taki  sposób?”.  –  Pacjenci  zwykle przyznają, że na dłuższą metę koszty są ogromne. Czasami, że praca ich niszczy. No, ale pracę zmienić trudno, szczególnie dziennikarzom, bo rynek mediów się kurczy, a  jest jeszcze kredyt do spłacenia –  stwierdza  psychiatra.  Obserwuje zmianę:  kiedyś problemy pacjentów wynikały ze skutków wychowania, powtarzania nieprawidłowych wzorców. Dziś coraz częściej warunki pracy stają się przyczyną objawów. HIPOKRYZJA REPORTERÓW Anna Murawska-Borowiec, pomysłodawczyni kampanii „Twarze depresji”: – To choroba nadal stygmatyzująca, przyznanie się do niej wymaga odwagi. Ludzie żyją w pędzie, boją się, że nie podołają wyzwaniom, że stracą pracę. Nie mówią o depresji pracodawcom, bo szef może ich zwolnić w  białych rękawiczkach nawet po kilku miesiącach. – Mogę powiedzieć szefowi, że muszę się urwać z zebrania, bo mam umówione USG. Ale do tego, że idę do psychiatry, bo skończyły mi się leki, przyznać się nie mogę – mówi Iwona, dziennikarka tygodnika. – Przyznanie się do depresji oznacza, że jesteś słaby, a  jak jesteś słaby, to mogą cię zwolnić, bo na przykład pójdziesz na zwolnienie, a to dla pracodawcy kłopot – kwituje. Paulina,  dziennikarka  innego  tygodnika,  która  też  leczy się na depresję: – W  ciągu ostatnich lat dokonała się ogromna pauperyzacja zawodu dziennikarza. Ludzie pracują na śmieciówkach, dobra  wierszówka to rzadkość. No i  jest ogromny lęk przed utratą pracy. Paulina dodaje, że wśród jej koleżanek i  kolegów o  depresji rozmawia się otwarcie, lecz szefom nikt się z  tego nie zwierza. Swojego nazwiska więc nie poda: – Nie jestem w  stanie przewidzieć, jak na informacje o  mojej chorobie zareagowaliby moi rozmówcy. Depresja to nadal społeczne tabu – tłumaczy. Na  spotkaniach  autorskich  czytelnicy  pytają  Izę  Michalewicz o  cenę, jaką zapłaciła za napisanie książki o  Archiwum X. „Najpierw sobie radziłam, teraz się leczę” – odpowiada. – Gdybym mówiła czytelnikom, że nie poniosłam żadnej szkody, byłabym w  ich oczach niewiarygodna. Zdrowie  psychiczne jest bardzo ważne, o depresji trzeba mówić głośno, tego wymaga odpowiedzialność dziennikarza – uważa Michalewicz. Ewa Kaleta ma wrażenie, że dziennikarze zachowują się nie fair: – Reporterzy wymagają od ludzi szczerości. Podnoszą innym ludziom kołdrę, mówiąc „O, proszę takie jest życie”, ale o  swoim cierpieniu wolą milczeć. Czysta hipokryzja.  ◆


Komentarze 44 Dodaj komentarz

 
  1. Cześć, nazywam się Darci Lyne, jestem z New Jersey, USA. Przeczytałem post-komentarz online dziennikarza z Los Angeles, który ujawnia, jak trwale wyleczył słabą erekcję i szybki wytrysk 2 miesiące po tym, jak żona go opuściła, a także powiedział, że dr NOSA wraca po byłej żonie po 2 latach rozłąki. Skontaktowałem się z tym samym doktorem NOSA z powodu moich wyzwań w życiu, mam te Potężne Intencje, że rzeczy będą działać dla mnie, wierzyłem w świadectwa, że ​​prawdziwe życie dowodzi. Uświadomiłem sobie, że dobrze byłoby tutaj się podzielić, ponieważ wiem, że to również zainspiruje innych. Miałem tyle szczęścia, że ​​natknąłem się na CZARNE MAGICZNE SPELLS
     Osobisty kontakt osobisty
     -Email-blackmagicsolutions95@gmail.com
    Nie jestem pewien, czy mógłbym to zrobić bez niego. Poddałbym się i uwierzył, że mój mąż spotykał się z kimś innym i powiedział, że skończyliśmy. Po tym, jak Dr.NOSA rzucił magiczne zaklęcie miłości, mój mąż dzwoni do mnie na komórkę i wraca do domu. Dziękuję bardzo za powrót mojego męża do domu po 3 latach rozłąki. Jesteśmy wiecznie zadłużeni. dzisiaj świadczę z radością i szczęściem światu … także możesz
    WhatsApp z nim– +2349083639501
    * Miłośnik Love Spells Win-Back Ex
    * Magiczne zaklęcie sukcesu i promocji
    * Szczęśliwego uroku – BUSINESS STAR
    * oddziały – HAK OCHRONNY
    * rozdzielczość klątwy
    * Rozwiązanie problemu rozwodu?
    * rozwiązanie choroby i chorób ciała
    * Jeśli chcesz zaklęcia miłosnego dla nowego kochanka?
    * duchowe oczyszczenie
    * Magia płodności – OWOCE KOBIET
    * dekretująca magia, SPELL LOTTERY i WIN-GAMES SPELL

       Odpowiedz
    0
    0

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.


− 5 = jeden

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Moje najnowsze wpisy

 

Przed wyborami

sobota 14/09/2019
0

Andrzej Bober 4 min · Tzw.opozycja w kampanii wyborczej nie potrafi trafić do Polaków ze swoim przekazem. Ględzi o trybunale,LGBT,hejterach ( wszystko ważne),ale to jakoś nie…


W.Gomułka wczoraj i dziś

środa 11/09/2019
0

Wczoraj byłem na promocji książki Piotra Lipińskiego GOMUŁKA..Odżyły wspomnienia. Władysław Gomułka był wtedy (1967) pierwszym sekretarzem KC PZPR,ja dziennikarzem w "Życiu Warszawy". Wówczas w Puławach…


Wybory..?

środa 04/09/2019
0

Kilka lat temu zapytałem senatora Kazimierza Kutza po co się pęta po sejmowych korytarzach ? - Będę chciał o tym zrobić film. Tu jest gówno…


Uśmiech Waldemara Pawlaka

niedziela 01/09/2019
0

Waldemar Pawlak ,b.premier, przyjął moje zaproszenie do grona znajomych na fb, i jest już z nami. Jego decyzja w tej sprawie była błyskawiczna, co nie…


Globalizacja wyborcza

sobota 31/08/2019
0

Sobota,południe, przed Galerią Młociny zbierają podpisy. Starsza kobieta pyta: - Odda pan głos na Koalicję Obywatelską ? - Tak… - Kandydatem na senatora jest Kazimierz…


Afera u Ziobry ?!

piątek 30/08/2019
4

Żal dupę ściska, gdy obserwuję, jak łatwo wielu dziennikarzy ulega PIS-owskim przekazom dnia. Oni, ci dziennikarze, już uwierzyli,że to była „Afera u Ziobry…”, a nie…


Wiadomości TVP

środa 21/08/2019
4

Najpierw połknąłem parę tabletek „positivum”,potem zacisnąłem zęby i o 19.30 włączyłem „Wiadomości” w TVP. Jak Państwo widzicie, początek był obiecujący: rośnie nam dobrobyt, coraz częściej…


Repy walczą o dożywocie

poniedziałek 19/08/2019
4

Obserwacja tworzenia list wyborczych nie przypomina troski o lepszą Polskę . Pozostały już tylko ochłapy po Brukseli, ale sejmowe apanaże też mają swoją wartość. Na…


Patrz w lustro

niedziela 18/08/2019
1

Obejrzałem film Patryka Vegi POLITYKA.To nie jest satyra na obecne polskie czasy, który - jak gdzieś czytałem - ma pomóc opozycji wygrać wybory.To jest sama…


Leki za darmo..?

sobota 03/08/2019
39

Lista kłamstw aktualnej władzy jest, jak stąd do Władywostoka. Jedno z nich, to „bezpłatne leki dla seniora”. Mieszczę się już, niestety, w tej grupie. I…