Polskie jabłka, ach polskie jabłka…


sobota 09/08/2014
6

No i musiała rozgorzeć dyskusja narodowa, bo jakże by inaczej. Polak wszak nie „szczyma” – ponarzekać musi.

Sytuacja z naszymi jabłkami jest jednak całkiem zabawna i rozczulająca, rzekłabym nawet z angielska: ‘heart-touching’. Oto małe skromne, kolorowe słodkie kulki wywołały ciągnące się od przylądka Rozewie po szczyt Opołonek oraz od kolana Odry do kolana Bugu poruszenie narodowe i znalazły się, co ciekawe, nie tylko „W”, ale co więcej – nawet i „NA” ustach rodzimych naszych i jakże zaangażowanych w dysputy dyskutantów.

Sytuacja z jabłkami niewątpliwie nie jest prosta, a co za tym idzie również nie jest miła. Szczególnie nie w smak – pomimo niezaprzeczalnie szlachetnego smaku samych ich podopiecznych – jest sadownikom, którym międzynarodowe spory i zwady dały się odczuć na własnej, nic przecież niezawinionej skórze. Sankcje jednak nałożone zostać musiały i pomimo „przyokazyjnych” poszkodowanych dobrze, że je nałożono. Niezależnie bowiem od tego, czy obecny car Rosji tupać będzie nóżką i zakręcać nam różne kurki, bezczynnie tolerować natarć, inwazji i rubieży bynajmniej nie można, podobnie jak patrzeć na bestialskie, choć stale z zimną krwią i kamienną twarzą, przyzwolenie na nieustające i krwawe publiczne mordy.

Stało się zatem tak, jak się stało i w chwili takiej winno się myśleć, to tu wymyślić. Nie zdarza się to u nas często, ale jednak rządzący nasi szybko pomysł chwytliwy i medialny sposób wymyślili.

A zatem: Co zrobić z polskimi jabłkami? – Zjeść polskie jabłka.

 

 

Problem ponoć tak duży, a odpowiedź okazała się o dziwo tak prosta. Jak sami jednak wiemy klucz do sukcesu nieraz, a rzec trzeba, że nawet dość często tkwi właśnie w prostocie. I ot, dowód szansy na pomyślność pomysłu również mamy, obliczono bowiem, że problem można zjeść raptem wraz z zaledwie jednym skonsumowanym owocem dziennie.

Czy to dużo? Nie dużo. A więc jak? – Można by pomyśleć: „No to po problemie.”
Ale hola, hola… Proszę państwa… Nie tak szybko, proszę się tak nie spieszyć. Wszak jak zostało w pierwszym zdaniu wspomniane, parafrazując Reja-poetę: Polacy jak gęsi i pogęgać muszą. Tak, tak – bez tego ani rusz.

Cóż więc tym razem rodakom naszym nie spasowało?
Pomijając, że jak to z reguły bywa, iż wszystko, to nie spasowało im kilka kwestii.

Po pierwsze: „A co ich to obchodzi”.
No bo co ich to obchodzi, że sadownicy zostali z tonami jabłek, na wyrośnięcie których czekali i pracowali przez ostatnie miesiące? Po to by plon ich pracy zaowocował najpierw owocami, a następnie również zapłatami, z których planowali żyć. Co z tego? Ich jabłka to niech se radzą. Oto właśnie nasze „ludzkie” podejście i bliźnich (bynajmniej nie jak siebie samych) traktowanie.

Po drugie: Wina

Czyli podsumowując, swoiste „Wina Tuska”. Autorem powyższej wypowiedzi wbrew pozorom nie jest jednak Jarek Kaczyński, a zwykła obywatelka-fejsbukowiczka. Nie dość, że po takim podejściu można by uznać, że Putin ze sprawą nic wspólnego nie ma, to oczywiście Donek, jak każdy w danym momencie rządzący, i tym razem po głowie oberwać musiał.

Jest to jednak swoisty paradoks.
Wymyślono i zapodano humorystycznie tak prosty i trafny sposób na rozwiązanie tej sytuacji z pozytywnym wydźwiękiem i na wyjście z tej sytuacji z godnością. Z godnością, ale bez podniesionej nienaturalnie głowy, bez zadzierania nosa i bez sztucznego, świadczącego o zadufaniu w sobie zadęcia.

Dlatego aż dziw bierze, że mając tak znakomitą okazję do dania filuternego pstryczka w nos tak wielkiej terytorialnej potędze jak Rosja wraz z całym jej panem i władcą, nasi niepokorni rodacy-malkontenci robią wszystko, by samym sobie jako narodowi i jednostkom zrobić na złość i z tej okazji nie skorzystać. Robią wszystko, by buntować się przeciw pozytywnemu, symbolicznemu protestowi przeciwko naszym produktom na rosyjskim rynku. My, zaściankowi frustraci, którzy gdy tylko mogą psioczą na Putina i wyrażają dezaprobatę dla rządów, które sprawuje. Tak, to my właśnie, a przynajmniej ta zawsze obracająca ku sobie kota nie tym co trzeba „przodem” nacja, obróciliśmy nawet tę teraz sytuację ogonem do przodu i zamiast w niesprzymierzeńca uderzać chcemy znowu w samych siebie.

 

Większość Polaków pomysł jednak (na szczęście…) podchwyciła, asymilując go do swojej postawy w sposób naturalny i nietrącący przerośniętym ego. Większość Polaków pomysł przysposobiła i potraktowała jako tymczasowy, podyktowany sytuacją wyraz samych siebie i zarazem namacalny dowód swojej otwartości, dystansu zarówno do siebie jak i innych. Potraktowała go w sposób lekki i nienachalny, nie krzycząc wszem wobec, że oto my Polacy jeszcze Putinowi pokażemy. Co prawda, owszem, nazwa kampanii „Jedz jabłka na złość Putinowi” teoretycznie to sugeruje, jednak jest ona nie tyle „na złość”, ile „dla zabawy”, by pokazać i udowodnić przede wszystkim samym sobie, że pomimo nieprzychylnych i niekorzystnych decyzji, zamiast robić z tego dramat gospodarczo-narodowy, że świetnie sobie damy radę i jeszcze będziemy się tym cieszyć.

Jednak, jako że jabłek – jak by nie patrzeć – trochę mimo wszystko jest, podsunięto kolejny luźny, do wykorzystania bądź nie, pomysł, by – wzorem kampanii „Pij mleko, będziesz wielki” – jabłka przerabiać na soki i skierować je np. do szkół i uczniów.
Polak jednak nie byłby Polakiem, gdyby i tym razem nie zaczął idei krytykować i bić piany, że to naciski, uciski i żeby dać mu święty spokój!

No cóż… Politycy, chcąc świecić przykładem i promować dobrą postawę, jabłka obficie chrupią, więc można by kolokwialnie rzec, że właśnie je sobie wsadzają… Pomijając jednak ten wątek… Pojawiła się również inna oburzona Polka, która soków z jabłek dla dzieci nie chce, wszak i tak przynoszą już ze szkoły zgniłe jedzenie:

Powyższej Pani należy jednak życzyć tylko, by zaznała nieco rozumu, a nie głodu, bo widać przelewa jej się aż nadto.

Jakoś od zżeranych latami stosów frytek, burgerów, kebabów, batoników, hektolitrów napojów gazowanych i innych świństw nikt nie pękł, jednak gdy w miły sposób próbują zachęcić ludzi do jednego jabłka wówczas rozlega się lament na całą Polskę, że ludzi jabłkami torturują.

 

Gdyby rozpatrywać zdania i opinie tylko tego typu osobistości, trzeba by z wielkim smutkiem stwierdzić, że Polak nie umie ani przegrywać ani wygrywać.
Po raz pierwszy od długiego czasu udało nam się natrafić na okazję, by pokazać sobie i innym, że potrafimy zachowywać się na luzie, bez zadęcia i strzelania obrażonego, międzynarodowego „focha”. Focha owszem, strzeliliśmy, jednak rzecz w tym, że w taki sposób, iż naszego focha podchwyciły również inne kraje i ze spontaniczną radością postanowiły dołączyć się do naszego pospolitego ruszenia i zagrania na nosie Putinowi.

Obecna sytuacja z naszymi narodowymi gęgałami jest podobna jak to miało miejsce w przypadku Euro 2012. Kto mógł ten jęczał. Jęczeli więc, że haha, Euro się zbliża, a drogi w rozsypce, albo jeszcze lepiej, że w ogóle ich nie ma. Że haha, stadiony niegotowe, że trawa niezielona, że hoteli nie ma, że to, tamto i siamto. Nie można nie wspomnieć o naszym narodowym lamencie, iście świętokrzyskim, o dość niesforną i mało reprezentatywną piosenkę, rzekomym Euro-hymnem będącą. Wtedy też wpadliśmy w histerię, że co to jest, że co to będzie, że to wstyd na całego, że nas wyśmieją, wytkną i co nie tylko. Tymczasem okazało się, że szczęśliwi, opanowani Euro-aurą zagraniczni kibice, cieszący się trwającym wydarzeniem, ani myśleli myśleć nad nikłym (czy może raczej nieistniejącym) przekazem treści „Koko, koko, Euro spoko” i nie rozumiejąc ani jej słów ani braku sensu, śpiewali ją radośnie w euforii futbolowych emocji.

Dziękujmy zatem losowi, że zagraniczna prasa i zagraniczne media piszą i mówią o naszej akcji tylko w pozytywny sposób. Z tego samego powodu dziękujmy losowi za to, że zagraniczni redaktorzy nie wczytują się w komentarze pod polskimi materiałami na ten temat. Ten jeden raz można powiedzieć, że całe szczęście i przede wszystkim na nasze szczęście nastała era zdominowana czerpaniem wiedzy z nagłówków, bo tylko dzięki temu zagranica nie widzi piany, która sączy się z ust części naszych narodowych frustratów.

Zagranicy spodobał się właśnie ten nasz „spontan” i nasz przekorny sposób na – parafrazując tym razem Tomka Tryznę – „Fuck you, fuck you Elemelku” dla Putina.
Jabłkowa akcja stała się naszym swoistym polskim mediowym produktem eksportowym, z którego powinniśmy się tylko cieszyć. I to bez względu na to, czy zjemy jedno czy dwa jabłka dziennie, czy może zrobimy sobie przerwę na arbuza. Ja osobiście trwam obecnie w stanie nienasyconej konsumpcji właśnie arbuzów, gdyż darzę je miłością bezgraniczną i dopóki trwa krótki niestety ich sezon, trwać przy nich będę niewzruszenie. Nie mniej jednak gdy tylko się zakończy nadrobię jabłkowe zaległości i to bez biadolenia o przejedzeniu.

Trzeba skorzystać z tego, że udało nam się zareklamować w sposób naturalny, przyjemny, bez przymusu i sztuczności oraz, co istotne, bez poczucia wstydu i obciachu jak przy niejednej nieudolnej i nieudanej kampanii reklamowej.

Akcja z jabłkami stała się naszym polskim study casem, o którym dowiedział się cały świat. Wymyślenie, stworzenie i zrealizowanie dobrego study case’u bynajmniej nie jest zadaniem prostym. Wymyślenie z kolei takiego, o którym wieść rozniesie się sama, jest zgryzotą, która sen z powiek spędza niejednemu marketingowcowi. Jest nie raz, a po częstokroć ciężkim kawałkiem chleba do upieczenia, a i tak nigdy nie ma się pewności, czy nie wyjdzie z niego mączna i mdła klucha bądź co gorsza twardy, piekarniczy zakalec, w efekcie którego jedyne co będzie można poczuć to rozczarowanie, niesmak i niestrawność.

 

 

Tymczasem nam udało się zainicjować taką akcję, która dała nam cenne 5 minut na arenie międzynarodowych mediów oraz polityki i grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Tym bardziej, że nasz „protest” spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem i u rzeszy ludzi wywołał falę pochwał w postaci różnorodnych „kciuków w górę” i „like’ów” w szerokiej palecie mediów społecznościowych oraz na rozległych wodach przestrzeni internetu.

Biorąc pod uwagę jak wielkie niezadowolenie wykazujemy na wieść jak i na fakt, że polski rynek zalewają produkty znane powszechnie jako „Made in China” tudzież „Mejd in Czajna”, jest istnym paradoksem, jakim to oburzeniem wykazują się co poniektórzy. Szczególnie, że przed szerokim (przeważnie osiedlowym) audytorium wykazują patriotyczną postawę i wypinając dumnie do przodu swą pierś domagają się swojskości produktów.

Niektórych niestety już się nie zmieni. Zamiast jednak ciągle biadolić, podchwyćmy tę akcję i cieszmy się nią, bo wiecznie trwać zapewne nie będzie. Kolejna okazja może się szybko nie nadarzyć, więc skorzystajmy z chwilowego błysku skierowanych na nas jupiterów i czerpmy z niego garściami, by choć raz zabłysnąć pozytywnie, czyli tak jak należy.

 

Czegóż więc można życzyć wszystkim na koniec? Jabłek jeszcze trochę zostało, a więc niczego innego jak tylko… SMACZNEGO!

 


Komentarze 6 Dodaj komentarz

 
  1. Akcja z jedzeniem jabłek jest fajna, ale mam wrażenie, że polscy kupcy nie potrafią jej docenić. Byłem na „moim” bazarku. W zeszłym tygodniu najtańsze jabłka oferowano po 2,50 zł za kg. Dziś są o złotówkę droższe. Dziwne to, bo przecież kupcom powinno zależeć na sprzedaży jabłek, skoro nie mogą upchnąć tego towaru w Rosji. Oni chyba myślą, że skoro jest akcja z jedzeniem jabłek, to mogą podnieść cenę, ale przecież wtedy ludzie przestaną kupować te nasze polskie, smaczne owoce i nic z akcji robienia na złość Putinowi nie wyjdzie. Polski kupiec woli stracić wszystko niż obniżyć cenę i chociaż trochę zarobić.

       Odpowiedz
    1
    0
  2. Malkontenci zawsze się znajdą. Wszędzie. Niemniej miło, że tego typu akcja została zasiana, wykiełkowała i rokuje nadzieje, że zrodzi owoce w postaci zmniejszenia strat polskich sadowników.
    Embargo na jabłka może jednak mieć pozytywny efekt dla Pani, Ado. W związku z ocieplającym się klimatem część sadowników może przerzuci się na arbuzy, dzięki czemu będą i tańsze i smaczniejsze (bo nasze).

       Odpowiedz
    1
    0
  3. @Marek
    Rzeczywiście, słychać takie spostrzeżenia dot. „stojących” cen. Trudno stwierdzić, co jest tego czynnikiem, podobnie jak trudno stwierdzić, czy etap dystrybucji, jakim jest dotarcie produktu na chociażby bazarek czy do sklepów nie jest którymś z kolei, co z kolei może determinować narastanie cen wraz z kolejnym pośrednikiem. A jak wiadomo każdy następny dodaje swoje „3 grosze” w postaci kilkudziesięciu groszy i może stąd niewielkie różnice w cenie końcowej. Aby jednoznacznie stwierdzić, czy coś się w tym względzie zmieniło na niekorzyść klienta potrzebna byłaby informacja o aktualnych cenach w skupie/u sadowników. Kto wie, może pierwsze ogniwo ceny obniżyło, lecz kolejne zawyżają? A może przyjęto taktykę ratunkową, by nie obniżać cen i dzięki wzmożonemu zainteresowaniu jabłkami i ich obecną promocją próbować choć trochę zmniejszyć przyszłe straty, które niebawem ich czekają?

    @Francisco
    Mnie też to cieszy, szczególnie to nieoczekiwane, szybkie i bardzo pozytywne zjednoczenie się społeczeństwa w tej samej idei.
    Co do arbuzów muszę przyznać, że trafił Pan w dziesiątkę – taka wizja byłaby dla mnie idyllą i rajem. Już na wstępie deklaruję, iż w przypadku nałożenia sankcji na eksport polskich arbuzów jestem gotowa ratować polską gospodarkę i od razu rezerwuję połowę zbiorów.

    Pozdrawiam, A.

       Odpowiedz
    1
    0
  4. Odnośnie tego szybkiego i bardzo pozytywnego zjednoczenia społeczeństwa dla idei – ma ono swoją ciemną stronę. Po pierwsze, powszechność tego zjawiska jest spowodowana podatnością ludzi na ‚modę’ – zjawisko ‚owczego pędu’; jak duża część społeczeństwa przyłączyła się do akcji bezrefleksyjnie, powielając jedynie działania ich znajomych z facebooka? Mam wrażenie, że bardzo duża.
    Po drugie, moim zdaniem akcja odniosła powodzenie dzięki temu, że uderzała głównie w niższy instynkt („dajmy prztyczka Putinowi”, czyli zróbmy komuś na złość), podczas gdy taka sama akcja uderzająca tylko w wyższą wartość („pomóżmy sadownikom”) przeszłaby bez większego echa, tłumiona w zarodku przez liczne oburzone głosy pytające, dlaczego niby mamy wydawać swoje pieniądze na ratowanie tej, nomen omen, gałęzi, przecież nam też się nie przelewa, et cetera.
    I jakkolwiek ogólny efekt jest pozytywny, to budzi pytanie na ile dojrzałe jest to społeczeństwo? Na ile może być podatne na tego typu akcje, które niekoniecznie muszą mieć pozytywny końcowy efekt? W moim mniemaniu odpowiedź jest smutna.

       Odpowiedz
    0
    0
  5. Moda, hmm, czy ja wiem… Widzę w tym raczej chęć uczestnictwa w tym ruchu, jak by nie było społecznym, oraz dołożenie swojej cegiełki, swojej cząsteczki i tym samym uczestnictwo w zintegrowanym zbudowaniu czegoś większego. Na szczęście nie ma w tym egoistycznych pobudek, chęci zaszpanowania czy wzięcia udziału w chwilowym mainstreamie snobizmu. Jest za to chęć do dzielenia się akcją z innymi, zintegrowania i czerpania z tego radości.

    Rozumiem jednak niechęć do akcji z powodu wspomnianej bezrefleksyjności. U niektórych zapewne faktycznie można by mówić o głuchym echu, które bezwiednie, bez sensu i bez zrozumienia powiela tylko dochodzące z otoczenia bodźce. Spora jednak część kampanię popiera i propaguje ją całkiem świadomie. Niezależnie jednak od stopnia rozumienia przekazu bardzo pozytywną sprawą jest wytworzenie się wokół akcji tak pozytywnej i lekkiej aury, zamiast doszukiwania się wszędzie negatywów, spisków itp.

    W tej akcji dostrzegam chęć zresetowania się, odstresowania, bycia przez chwilę cząstką jakiejś większej całości. Każdy z nas w jakimś stopniu tego potrzebuje. Myślę również, że gdyby faktycznie było aż tak źle, wówczas zewsząd sączyłoby się dużo więcej jadu i inwektyw w kierunku Rosji aniżeli ma to miejsce teraz. Co do haseł to nie da się ukryć, że przykładowe „Pomóżmy sadownikom” brzmiałoby dość apatycznie i przywodziło na myśl raczej niemoc. Wszak jeśli pomożemy sadownikom (a przecież jest wiele podobnych potrzebujących różnorakiego rodzaju wsparcia grup), to reszta, której nie udało się załapać na tak dobry PR, dalej będzie walczyć z losem i ledwo wiązać koniec z końcem.

    Proszę zwrócić uwagę na odbiór np. WOŚP-u – jest to teoretycznie 1-dniowa akcja, lecz żyje nią cała Polska. Każdy mógłby zaoponować „Czemu mam dawać do puszki? Płacę podatki, część mojej pensji idzie na ubezpieczenie zdrowotne, więc niech NFZ zajmie się chorymi”. A jednak mimo wszystko włączamy się w akcję i cieszymy, że możemy zrobić coś dla drugiego, słabszego i potrzebującego człowieka.

    Dlatego też tak istotną rolę odgrywa dobry i chwytliwy temat/nazwa/hasło/slogan, etc., aby ze zwykłego, oklepanego apelu o pomoc zrobił się nawet ruch społeczny. Z tego powodu poszukuje się różnych metod, by spróbować oszukać codzienność, szarość dnia, przyziemność i rutynę, tak aby zwykły dzień stał się dniem wyjątkowym lub by jakaś akcja nabrała znamion niezwykłości. Osobiście sądzę, że z dwojga złego lepiej w tę stronę.

       Odpowiedz
    1
    0

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.


− jeden = 7

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Moje najnowsze wpisy

 

Wojna gangu dyskontów trwa

sobota 26/08/2017
6

Znana polska sieć sklepów z kategorii dyskontowej obnażyła to, czego jako gatunek ludzki powinniśmy powstydzić się obnażać. Sieciówka grupy Jerónimo Martins, wprowadzając do swojej oferty…


Testy pseudointeligenckie

środa 27/07/2016
0

Nigdy nie znosiłam testów na inteligencję. Zastanawiam się, kto w ogóle wymyślił to ustrojstwo. Ogólnie rzecz biorąc na same testy nie ma się w sumie…


Adrian znowu kocha

niedziela 03/04/2016
9

Nie wiem, jakie rajstopy robi Adrian, wiem za to, że wciąż po omacku szuka drogi, by zaistnieć w pamięci przydrożnego audytorium, racząc go coraz głębiej…


Miejskie szkodniki

czwartek 25/02/2016
5

Sprawa lokalna, ale dość zabawna. Choć nie dla wszystkich, bo mocno podnosząca ciśnienie. I krwi i atmosferyczne. Jako że kilka lat temu rozpoczęła się długo…


Open-trash – oddadzą ludziom śmieci

poniedziałek 18/05/2015
0

Open-trash – oddadzą ludziom śmieci Kości zostały rzucone, kosze zostaną otwarte. W sejmie trwają prace nad ustawą, która obligować będzie właścicieli sklepów wielkopowierzchniowych do przekazywania…


„Konkubinat to grzech”

sobota 21/03/2015
9

Mogłabym powiedzieć: Wsadź kij w mrowisko, a nożyce się odezwą. Gdy w zeszłym tygodniu wracałam do domu mój wzrok, chcąc nie chcąc, (w)padł na wielką…


Sezon Ogórkowy

piątek 16/01/2015
0

W tym roku sezon ogórkowy rozpoczął się wyjątkowo wcześnie. Na niebie nie zdążyły pojawić się jeszcze pierwsze solidne promienie słońca, a już co poniektóre niesforne…


Larmo roku 2014

środa 31/12/2014
2

Już dawno nie było w mediach reklamy, która z taką intensywnością wbijałaby się w uszy bogu ducha winnych odbiorców, jak i z tak drastyczną namiętnością…


Wyborcze uroki…

wtorek 18/11/2014
0

Już niedługo „święta, święta i po świętach”, ale póki co „kampania, kampania i po… wyborach”. Umizgiwali się biedni kandydaci, robili co mogli, a gdyby mogli…


Jak wkurzyć klienta

czwartek 23/10/2014
3

Stwierdzenie, że „klient nasz Pan” już dawno można wsadzić między książki, a najlepiej między bajki dla dzieci, traktujące o cudownym świecie, gdzie dobro zawsze zwycięża…